czwartek, 25 kwietnia 2013

Dokonałam odkrycia.

Odbębniłam wczoraj zakupy. Leciałam jak głupia na przystanek, potem rajd po mieście, ogółem jakieś 10 kilasków szybkiego marszu spokojnie zrobiłam, darowałam wiec sobie ćwiczenia. W sumie byłam dość zdechła, spałam tylko 4 godziny.

Ale do rzeczy. Dojście na przystanek zwykle zajmuje mi 17 minut - standardowym dla mnie, bardzo szybkim tempem; wczoraj wyszłam spóźniona i uwinęłam się w 15. Co by nadrobić, starałam się robić jak najdłuższe kroki przy tym samym tempie i - tadam! Dziś powitały mnie zakwasy pod kolanami i na udach.


Nasuwa to chyba dość prosty, jednak dla mnie niezwykle interesujący wniosek: dobre rozciągnięcie mięśni nóg wpływ na długość wykroku!


Nie wiedziałam :)

Dysleksja, dysgrafia, dysmózgia.

Czyli temat bardzo na czasie.

Nie miałam w planach o tym pisać, jednak trafiłam dziś na odcinek Galileło, w którym poruszano podobne tematy i pomyślałam, że nie znam się to skomentuję ;)

Oczywiście będę się starała jak najwierniej oddać wypowiedzi.

Otóż w odcinku pokazano życie 24-letniej Niemki z dyskalkulią. Problemy z liczeniem i takie tam, niby wszyscy wiemy o co w tym chodzi, nie?

Otóż nie.
Sama byłam w szoku. Codzienne życie tej laski wyglądało wręcz kuriozalnie.
Strach przed wejściem do sklepu, bo trzeba będzie zapłacić - kobieta nie zdawała sobie sprawy z wartości pieniądza; czy kilka monet po euro za dwa pączki to już dość? A może za mało? Koniec końców - do ekspedientki lecą całe dwie dychy, niech wydaje najwyżej.

Problemy z odczytaniem godziny. Za piętnaście trzecia... Da fak?! Przecież na zegarze jest 14:45!


Ćwiczenia z terapeutą: schody symbolizują kolejne liczby, kiedy idziesz w górę - dodajesz, kiedy w dół - odejmujesz. "Zrób 5 minus 2." Dziewczyna niepewnie skrabie się do góry. A to dodawanie na poziomie przedszkola...


Szkołę skończyła tylko dlatego, że kuła zadania na pamięć. Matury nie ma, dopiero zaczyna o niej myśleć.


Wstawka medyczna: zaburzenie to było spowodowane chwilowym niedotlenieniem mózgu podczas porodu.

Uszkodzeniu uległ ośrodek odpowiedzialny za myślenie, widzenie przestrzenne. Czyli, kiedy bohaterka wybiera się w miasto zapisuje sobie trasę, np.: "do apteki, potem do mięsnego, skręcić w lewo, dojść do banku, itd., itp." dla niej 500 czy 50 metrów nie robi różnicy, po prostu "nie ogarnia tematu", no.

Co ciekawe, mniej problemów sprawiają jej zadania na poziomie maturalnym - więcej w nich schematów niż w tych łatwych, odnoszących się do życia.

(Miło wiedzieć, szczególnie, że się całkiem niedawno maturę pisało i pamięta się, jakie to Bardzo Ważne Rzeczy były, bez których ani rusz.)


Przyznam, że byłam bardzo poruszona.

I dopiero w trakcie oglądania dotarło do mnie znaczenie samej nazwy - dys-... jak dysfunkcja - upośledzenie.
I od razu przypomniał mi się kolega z klasy w technikum - dyslektyk. Jako jedyny z klasy (w której osób szczycących się podobnym papierkiem było o wiele więcej) nie czytał nigdy na głos, nawet tego co napisał. Wtedy oczywiście myślałam, że se jaja robi. Nie byłam świadoma, że to morze machających każdemu przed nosem świstkiem gości to stado zwykłych oszustów, gdy w rzeczywistości są to zaburzenia moim zdaniem straszne. Przeszkadzające w codziennym życiu, onieśmielające, wstydliwe.

Kajam się, ale jednocześnie usprawiedliwiam - tymi cwaniaczkami, chorymi najprawdopodobniej na dysmózgię właśnie.




wtorek, 23 kwietnia 2013

"Śmierć na talerzu"

Czyli cykl filmów dokumentalnych o ludziach, którzy się zesrają jak nie zeżrą wszystkiego co jest możliwe nawet, jeśli jest to trujące/ żywe i niebezpieczne/ śmierdzące/ zakazane/ niemoralne/ miejsce na Twój pomysł.

Jak najbardziej polecam ciekawym świata. Oprócz dziwnych potraw sporo możemy się dowiedzieć o kulturze i tradycji ludów, które spożywają kontrowersyjne dania.

Chciałam zamieścić relację z dzisiejszego odcinka, ale byłaby dłuuga, no i już widziałam, że w necie wszystko jest. Tak więc ograniczę się po prostu do polecenia :)
Program jak najbardziej warty poświęcenia godziny.

No to lecimy :)

Oto i wreszcie to, o czym od początku zamiarowałam pisać, czyli ćwiczenia.

Nie, nie jestem sportsmenką.
Tak, nie cierpię ćwiczyć.
Nie, nie jestem tłusta.
Tak, jestem sflaczała.
(Tu wyobrażam sobie Grumpy Cata ;D)

Tak więc. Nie chcę pakować, chudnąć, nic z tych rzeczy. Zamierzam trochę ujędrnić ciało, bo wyglądam jak idź i nie wracaj, a najlepiej wcale nie wychodź :x
Robiłam sobie wczoraj sesję "przed". Oczywiście jej nie opublikuję, bo czymże jest sesja "przed" bez sesji "po" ;p
W każdym razie przeraziłam się. Brzydkie, blade, rozpaćkane ciało. Czelulit na dupsku, na udach pućki jak w czasach mojego największego w życiu zadu, który to dumnie nosiłam w gimnazjum. Co ciekawsze, wcale nie przytyłam jakoś szczególnie... Bo również się zmierzyłam wczoraj. I tu kolejny szok, wymiary malutkie a wygląd jakbym się słoniną obwinęła.

Mierzenie będzie co dwa tygodnie. To wczorajsze wyniki:
Udo (w pućku): 49 cm;
Biodra: 88,5 cm;
Talia: 68 cm;
Pod biustem: 80 cm;
Biust: 88 cm;
Ramię: 22 cm (jest moc kuźwa :D)

Wagi nie znam jeszcze, bo nie posiadam ;) mierzę się (he) do zakupu takowej, wybajerzonej, z pomiarem procentowym tłuszczu, mięśni, kośćca i wody. Nie wiem, jak to może być możliwe, ale teraz to już nieważne. Chcę.
Tak, że następnym razem dojdą jeszcze i te dodatkowe pomiary.

Na dietę warzywkową, rybną, wołową itd. mnie póki co nie stać, więc ograniczam się do ograniczenia słodyczy i słodkich napojów. O ile napojów dużo nie żłopię bo zwyczajnie nie lubię, o tyle słodkie to moje wieloletnie uzależnienie. Kupiłam już drożdże piwne żeby sobie pomóc (u mnie działają tylko jedne - Lewitan. Dobrze sprawdzić w składzie, czy produkt zawiera chrom; te mają, Humavit już nie), ale machają mi z parapetu i na tym koniec.

Na temat kondychy się nie wypowiadam, koszmar. Staram się rzucić fajki, ale o dziwo nagle pierwsze o czym rano myślę to papieros -,- no, spróbujemy. Bo inaczej płuca zgubię.

Dziś było 30 minut ruchu (liczę już z rozgrzewką). Cardio przeplatane skakanką. Możecie się śmiać, w dzień założenia bloga łącznie z rozgrzewką było 10.

Lubię pisać wstępy. Będzie jeszcze jeden.

Ponieważ po głębokim przemyśleniu sprawy stwierdziłam, że choćbym jajo zniosła muszę coś o sobie ujawnić, nie będę przecież wikłać się w offy w każdej notce... Polecę punktami, nie chce mi się nad sobą rozwodzić.

  • Kocia mama to moje drugie imię. Wiem, wspominałam już o tym, ale pokuszę się o opisówkę:
    1. Tygrys - najstarszy. I największy i najsilniejszy ;) spokojny, opanowany. Prawie nie miauczy, również nie mruczy a ino wibruje. Ulubieniec mojej matki.
    2. Srajdun - był w naszym domu pierwszy, choć wiekowo na drugim miejscu. Leniwy, cały czas wygląda jakby jutro miał zdechnąć. Niezależnie od tego wydobywa z siebie mnóstwo dźwięków. Mój ulubieniec :) kocham go z wzajemnością, jest zdecydowanie maminy, kochany.
    3. Robinsona (zwana też Małą Misianką, Miśkiem lub Cipuszką) - mały terrorysta, podporządkuje sobie każdego twardziela ;) po sterylce. Bardzo malutka i drobna, za to nadrabia dzikością. Zdecydowanie tatina, kiedy tata znika jej z oczu drze mordę dopóki go nie zobaczy. 
  • No właśnie, wspominałam o "tacie" - uznajmy, że współlokator ;) i nazwijmy go H. Źródło moich wkurwień, ale przymykam oko wobec perspektywy mieszkania samej w domu, którego nie znoszę.
  • Moja matka pracuje za granicą, ojciec nie żyje. Stosunki z matką układają się w sinusoidę uśmiechów i wyzwisk, ogólnie ciężki temat.
  • Szukam pracy idealnej, póki co od skończenia szkoły w poprzednim roku przerobiłam już 3 call center i jedno biuro nieruchomości.
  • Straszny ze mnie sęp. Kręcę na lewo i prawo byle przytulić trochę grosza, rajdy po marketach w poszukiwaniu jak najtańszych produktów to już moje hobby :D


I póki co chyba starczy, lepiej zajmę się konkretnymi rzeczami ;)

niedziela, 21 kwietnia 2013

Prolog.



Otóż i przyszedł czas na pierwszy post. Będzie długi i nudny, zamierzam zawrzeć w nim kwestie organizacyjne.



I. Wygląd i organizacja.

Jestem kompletnym blogowym świeżakiem, tak że wygląd na pewno jeszcze się zmieni. Muszę najpierw pobawić się w poznawanie wszelkich dostępnych opcji ;) bardziej chciałam poruszyć inną kwestię, czyli tematu. Założeniowo chcę pisać o różnych sprawach, jednak żeby nie robić syfu na "głównej", poukładam je w kategorie. Podobno można ;) co do samych jeszcze kategorii będę myśleć. Nie chcę się nadmiernie uzewnętrzniać ani też nasrać stu działów po jednym poście.


W necie znalazłam dziś to ładne słowo i jego wytłumaczenie - lajfstajlowy <3 na określenie takiego tworu, jakim ma być mój.

Tak więc, będzie to blog lajfstajlowy ^^



II. Język.

Lubię bawić się językiem, tworzyć nowe twory, przekręcać struktury zdań. Jednak jako, że językoznawcą nie jestem i prawdopodobnie nigdy nim nie będę, na pewno nie ustrzegnę się błędów. Wszelkie naprostowania, komentarze - mile widziane.


Poza tym - przeklinam. Prywatnie dużo i często, choć generalnie nie podoba mi się śmietnik w pysku, u nikogo. Wobec czego zamierzam stosować język literacki. Oczywiście przeplatany zgrabną łaciną ;) jestem ekscentrycznym cholerykiem, dużą uwagę przykładam do emocji. Co za tym idzie - dla mnie np. zdenerwowanie mnie nie jest równe wkurwieniu. Jeśli ktoś mnie zdenerwuje, to tak to ujmę; jeśli wkurwi lub podkurwi - analogicznie.

Nie życzę sobie naprowadzania mnie na Jedyne Słuszne Tory.


Jeśli nie lubicie morza emotek, również możecie się tu zirytować. Wstawiam dużo, często i namiętnie. Nic nie zastąpi mimiki twarzy i intonacji, jednak zawsze staram się to nadrobić jak tylko mogę, czyli w tym przypadku symbolami.


I jeszcze krótko o kwestii komentarzy - piszta co chceta. Nie będę usuwać głupot i niepochlebnych opinii. Jednak co by się społeczeństwo nie "pommrowiło" (ponorowiło ;)), będę mieć na wszystko oko - to miejsce nie będzie przystanią dla sfrustrowanych półmózgich hejterów, rasistów i kogo tam jeszcze. Dla spamerów też nie.



III. Reklamy.

Będą. Jakichś kilka jeśli uda mi się umieścić gdzieś ładnie. Fajnie byłoby zarobić chociaż na internet :D ale oczywiście nie liczę na to i nie po to produkuję się przed monitorem na niewygodnej klawiaturze zamiast pograć w Simsy.



IV. Cel, założenia, obietnice wyborcze.

Czyli po co w ogóle zabieram się za uzewnętrznianie. Otóż, przede wszystkim jest to miejsce dla mnie. Nie, żebym ewentualnych czytaczy nie szanowała! - po prostu nie uważam się za tak świetną personę, by dawać innym rady, inspiracje (nie lubię tego słowa, swoją drogą) i podobne pierdutki. Ale dzięki tej kropli w morzu podobnych, zamierzam nią się stać :]


Endżoj.