środa, 29 maja 2013

Zmiany :)

Nie, nie porzuciłam swojego słit najmojszego blogaska. Tylko miałam doła, a potem z tego doła wyemigrowałam se.

A tak serio to akurat dostałam propozycję pracy od agencji, do której zapisywałam się już wcześniej.

Tak więc jestem w Holandii. Codziennie produkuję i opakowuję i zapakowuję ;) cholerne tusze do drukarek i wiecie co? Zajebiście mi z tym :D Choć nie raz jak sobie zdam sprawę z tego gdzie jestem to mi się prychnięcie ironiczne z ust wydobywa; taki gupi Oliv, taki biedny zamulony i zlamerzony a pojechał sam do obcego kraju, między obcych ludzi zarabiać Kittenkom na Orijenka ;)

Robię dużo zdjęć, Holandia jest śliczna. Ale chyba przed upływem 2 miesięcy czyli mojej umowy nie uda mi się tu niczego pokazać, net jest wolniutki i rozdzielony na paru ryja.

Niemniej - czasem jakieś opowieści będę wrzucać, może się to przydać jakiemuś przyszłemu emigrantowi :) Jednak póki co jestem tu dwa dni, więc nie będę się mądrzyć ;)

Pozdrawiam!

środa, 15 maja 2013

"Wizyta u szamana".

Czyli kolejny dokument o obcych kulturach, moim zdaniem o podobnym stopniu obrzydliwości co "śmierć na talerzu" ;)

Program polega na tym, że prowadzący go, podróżnik, w każdym odcinku zabiera w inne miejsce dwóch hamerykańskich ochotników-chorowitków.
Mają oni testować niekonwencjonalne, stosowane od wieków metody leczenia, podczas gdy zachodnia medycyna już spisała ich na straty.

Ogólnie obejrzałam jak dotąd odcinki z trzy? Nigdy nie wiem kiedy to jest, oglądam jak trafię. W każdym razie uczestnicy czyścili już sobie jamę nosową gumową rurką, zakopywali się w grobie, przykładali do stóp pijawki, prowokowali wymiotki (Indie), pili wino z myszy, żółć i krew świeżo zabitego węża, stosowali akupunkturę (Chiny) oraz jedli/ pili smażony tłuszcz kajmana i wsuwali halucynogenne ziółka (Peru).


Niektóre z okazanych metod okazały się wymiernie skuteczne. Były to:
- pijawki przykładane w miejscach brzydkich zmian skórnych (wysysały wysięki),
- akupunktura - praktycznie na wszystko; akurat w programie jednemu gościowi częściowo przywróciła węch, a drugiego uwolniła od przewlekłych bóli pleców,
- picie wody i rzyganie nią podobno zahamowało u jednego faceta rozpoczynającą się migrenę.

Jako, że z moją skórą wszystko względnie ok oraz nie mam nikogo znajomego parającego się akupunkturą, nie przetestuję tych rewelacji.
Za to często boli mnie łeb, więc niedługo spodziewajcie się relacji z testów zależności między głową a żółądkiem ;)

I oczywiście zachęcam do rzucenia okiem na oryginał.

wtorek, 14 maja 2013

Upubliczniam włosy me.

Włosomaniaczką bym się nie nazwała; to znaczy interesuję się domowymi kosmetykami, pielęgnacją itede, ale niestety tylko w teorii, w praktyce za wielki ze mnie leń, żeby regularnie fundować włosom coś więcej niż olejowanie po każdym myciu.

Dzisiaj chcę się pochwalić efektami (?) mojego trzeciego w życiu hennowania. Mam włosy sporo za ramiona, a 100g henny męczyłam przez trzy użycia, od października :)
Jestem strasznym niecierpliwcem i często zmieniam imidż na łbie, wobec czego stwierdziłam, że fajnie będzie zebrać te wszystkie eksperymenty w jednym miejscu. Oczywiście zdjęcia będą tylko aktualne; nic starego nie mam, co chwilę piehdoli mi się twardy dysk.

Używałam henny ZARQA z all. Jako, że jestem w temacie kompletnym świeżakiem nie napiszę jej recenzji dopóki nie spróbuję osławionej Khadi; zamierzam niedługo się wykosztować, choć z bólem serca.

Farbowałam średnio co 2,5 miesiąca, głownie ze względu na odrosty. Przed operacją sytuacja wyglądała następująco:

Czyli widać już przebijający blond (dziwne, przed henną miałam ma włosach coś w klimacie wiśniowym) i moje bure, obrzydliwe odruny.
Reszta włosów też szału nie robiła:

Choć oczywiście patrząc na siebie codziennie nie zwróciłam uwagi na wypłukany kolor.

Utleniałam hennę 10 godzin, trzymałam na głowie kolejne trzy. Po 10 dniach hennowe błocko chyba wreszcie mi się zmyło na dobre, więc mogę uznać proces za zakończony. Wyszło następująco:



Czyli moim skromnym zdaniem bez rewelacji. Kolor owszem, odświeżony, odrosty przyrudzone (wiadomo, że henna nie wyrówna koloru między kawałkiem włosa zdrowym a zniszczonym farbami) - czego oczywiście nie udało mi się ująć na fotce; nie mam pojęcia jak udało mi się zrobić to pierwsze zdjęcie, chyba w myśl zasady, że głupi ma zawsze szczęście ;)

Następnym krokiem będzie Khadi czerwona, jednak chciałabym uzyskać czuprynę bardziej ognistą.
Całą siłą woli wzbraniam się przed farbowaniem chemicznym bo korci mnie strasznie... No, zobaczymy.


Pozdrawiam :)

PS: Kuźwa, jak zwykle zapomniałam się oznakować :| dobra, ten raz sobie daruję; w sumie niech se to nawet idzie w świat jak kogoś interesuje. Najważniejsze to oznakowanie kittenków ;p

piątek, 10 maja 2013

Dzień kota.

Czyli powoli dzieje się scenariusz, którego od zawsze się spodziewałam - futra opanowują blog.

Ale zanim przejdę do dalszych przyjemności pragnę oświadczyć, że zawiesiłam ćwiczenia z powodów zdrowotnych.
Dziękuję.



Tak więc, słowem wstępu - mam koty cztery :D przygarnęłam kolejnego biedaka, którego ktoś wypierdolił na autostradzie z samochodu, a znalazła go kochana ciocia. Ogłaszała się przez koty.pl, a koty wrzuciły na fejsia. Śledziłam losy Klopsika od początku, a kiedy nikt go nie chciał zrobiłam krótkie rozpoznanie sytuacji i wzięłam go ja :) a nazwałam Leonardem.
Wreszcie się przydał na coś ten spamowy portal.

Lełonek jest kochany, bardzo tulaśny, mruczasty i wygadany bardziej niż Robinsona ;) za to prawie wcale nie dzikuje, mimo dopiero 5 miesięcy. Ślicznie chodzi na smyczce, byliśmy dzisiaj trochę na dworze :) potem wzięłam też Księżniczkę, myślałam, ze będzie wariować w uprzęży ale gdzieee tam, odkrywanie świata było ciekawsze ;) tak że ten, mam patent na uczenie kota chodzenia w szelkach - założyć i sru na dwór ;)

Leoś na smyczce zachowuje się bardzo dostojnie.


Jednak byliśmy tylko chwilkę, kocurek ma podejrzenie kk i najbardziej zaleca mu się leżeć w wyrku, co też z chęcią czyni ;)

Robinsona okazała się bardziej dzika i żywotna, ciężko było ją uchwycić ;)


Czaiła się na niewidzialnych wrogów...


... I ich łapała.


Zapomniała jednak, że w każdej chwili drapieżca może stać się ofiarą!


A kuku!


Tym razem podglądacz okazał się swojakiem.

Niemniej jednak Buzinka wygląda na zaskoczoną obecnością jeszcze jednego sępa, którym byłam ja ;)



Swoją drogą - dzięki dzisiejszym zdjęciom zauważyłam, że już pora zabierać się do zbiorów pokrzyw dla urody :)


Pozdrawiamy!

środa, 1 maja 2013

Sflakłam.

Przez długie zimowe miesiące było "aby do wiosny"; wiosna przyszła i co? 
Chuj.
Dziś dzień się udał, i słonko, i ciepełko było, a i tak poza wyjściem do sklepu siedziałam z dupskiem w domu, jak od kilku dni. Oczywiście ćwiczenia zawiesiłam, przez co jestem strasznie wkurzona. Nie lubię tak się czuć, siedzieć w takim marazmie i gapić bezmyślnie w tivu względnie wyobrażać, jak fajnie by było, gdyby mi się chciało żyć. W sensie fizycznym oczywiście, tj. ruszać, wstać, chodzić, gadać, sikać itd.

I codziennie obiecuję sobie, że jutro się ogarnę. Jo joo, srały muszki i tak dalej... Mam nadzieję, że po opublikowaniu swoich wątpliwej głębokości przemyśleń i wystawieniu na krytykę dam radę się ogarnąć.


Póki co obejrzałam część tutoriala do Photoscape'a, dzięki czemu nawet taki dałn jak ja ogarnął znak wodny na zdjęciu ;) wstawiam więc pierwsze fotki, oczywiście Księżniczki.

Jest niedobra, strasznie dzikuje i ma złe ocy. I tak tata podrzuca ją mnie, ja podrzucam ją tacie; u taty przestawia mikrofon, plącze kable i zrywa firany a u mnie poluje na tivu...
Biedny, mały, wesoły kotek. Nikt go nie kocha, nikt go nie chce, każdy na niego krzyczy i tylko przegania!

No więc wzięłam przytulaka, nawet udało mi się nakłonić ją do oglądania odmóżdżaczy z poziomu wyra...






... Oczywiście po fotce myśliwy znów ruszył do akcji, tak więc dla dobra tivu przyszłyśmy na kompika, Misia w znaczeniu dosłownym:







I koniec, oprócz życiowej energii nie mam również weny.