Myślę jeszcze nad osobnym postem z przykładami cen za różne produkty i usługi, ale zastanawiam się, czy będzie to przydatne, skoro mogę coś powiedzieć tylko o dwóch krajach...
Jeżeli mimo wszystko jesteście ciekawi, dajcie znać :)
A teraz powracamy do spraw bieżących.
3. PIENIĄDZE.
Jak wiadomo, są niezbędne, jednak postaram się pokazać, że warto ostrożnie z nich korzystać.
Wyjeżdżając miałam ze sobą chyba z 3 kilo płatków ;) a na koncie niecałe 40 euro - agencja, z którą wybywałam miała tygodniowy system wypłat, więc kwota w zupełności wystarczająca. Ale:
* W drugim dniu pobytu wybraliśmy się na zakupy. Zrobiłam sobie zapas żarcia na ok. tydzień, po czym przy kasie okazało się, że nie mogę płacić kartą... Tzn. mogę, ale nie debetową, a taką dostałam od banku.
(Później okazało się, że nie mogę nią płacić nigdzie oprócz stacji benzynowych, tak więc musiałam zawsze wypłacać gotówkę. Starałam się robić to jak najrzadziej, gdyż za każdą taką przyjemność płaciłam, ku uciesze Aliora).
Kasjer przytrzymał mi zakupy u siebie i pokazał drogę do bankomatu; byłam bardzo zaskoczona jego uprzejmością. I dziękowałam w myślach ktosiowi, który wymyślił/ zatwierdził możliwość wypłacania dyszek i dwudziestek! Prawdę mówiąc byłam pewna, że najniższą kwotą będzie, jak w naszych Euronetach, 50 i już miałam gotowy bajer uzasadniający anulowanie zakupów ;)
Potem już nauczyłam się mieć zawsze jakąś gotówkę w portfelu i kwotę na koncie, którą w razie czego będzie można wybrać.
* W pierwszej firmie przerobiłam dwa dni - poniedziałek i wtorek. Chyba zaraz we wtorek agencja znalazła mi kolejna pracę - od kolejnego poniedziałku. Tak więc do końca tygodnia siedziałam na dupie na domku, nie mogąc cieszyć się z bliskości Amsterdamu z powodu owych pracowych czyli również i pieniężnych zawirowań. W drugiej pracy, o czym już wspominałam, także podziękowano mi za współpracę po dwóch dniach. I tu już agencja powiedziała mi wprost, żebym szukała sobie zajęcia na własną rękę. Na szczęście był to początek sezonu, więc nie miałam z tym problemów, o czym również wspominałam.
Ale pieniężnie byłam w tak zwanej czarnej dupie. Mimo, że ceny żarcia w Nl są czterokrotnie niższe niż u nas, konto musiało w końcu zacząć świecić pustkami, w końcu z tego co zarobiłam musiałam jeszcze zapłacić za domek i pomniejsze pierdutki.
Pomogła mi wtedy siedząca już jakiś czas we Włoszech mamuśka, ale nie każdy ma możliwość takiego ratunku.
* W trzeciej pracy dla odmiany wypłaty były miesięczne, ja akurat wbiłam się w połowę miesiąca. Podostawałam już moje groszaki za tych parę godzin poprzednich prac, trochę pożyczyłam od współpracowniczki i dociągnęłam, ale moja dieta składała się z makaronu z sosem pomidorowym, czasem z cukinią oraz z tych nieszczęsnych płatków, które zresztą wracając zwoziłam jeszcze ze sobą do Polski ;)
* Żeby wyjechać wzięłam pożyczkę na zasadach oddania całej pożyczonej kwoty po miesiącu. Musiałam ten okres przedłużyć, ale koniec końców dzięki zakotwiczeniu się w ostatniej pracy
i życzliwości ludzi (znów!) stanęłam na nogi. Muszę jeszcze dodać, że zanim mi się całkiem wyprostowało, trzy razy pożyczałam od tej samej koleżanki parę jurków przed końcem miesiąca.
4. BAGAŻ.
Tak, mam coś do powiedzenia nawet na ten temat ;)
Jeżeli pakując się myślicie, że jedziecie w końcu przede wszystkim do pracy, lepiej pomyślcie drugi raz ;)
Teraz wydaje mi się to oczywiste, ale wybierając się jakoś nie połapałam faktów, że za granicą tak samo poznaje się ludzi, jest gdzie wyjść, są imprezy i przede wszystkim na to wszystko Cię stać.
W efekcie zaraz, kiedy tylko mogłam już sobie na to pozwolić ruszyłam szturmem na sklepy co by mieć do włożenia na dupę coś innego niż moje budowlane ogrodniczki.
Z drugiej strony, w busach zazwyczaj do dużej ilości bagażu trzeba dopłacać, warto więc starać się zachować ilościowy umiar. Jeżeli nie przekonuje Was argument pieniężny, może przekona Was wizja kilkunastogodzinnej podróży z torbami pod i na kolanach, bo nie było gdzie się pomieścić.
5. KONTAKT Z KRAJEM.
Jeżeli chodzi o Nl, to operatorzy widząc, jak wielu Polaków przebywa w tym kraju, stworzyli oferty z myślą o nas. Nie wiem jak by było z Wami, bo to zależy oczywiście od charakteru i stopnia zżycia z rodziną/ znajomymi, ale mnie po jakimś czasie zaczęło męczyć dobijanie się z Pl, żeby wszystko każdemu opowiadać. Jakby nie patrzeć nasze i innych życie nadal się toczy i moim zdaniem nie da się połączyć aklimatyzacji w nowym miejscu z jednoczesnym byciem na bieżąco ze sprawami w Polsce. No chyba, że komuś pasuje żywot wyrzutka wiszącego ciągle między pracą a telefonem.
6. ZWIERZĘTA.
Czyli akapit, na który sama bym nie wpadła, ale znów z pomocą przyszła mi Kocia Matka.
Myślę, że zagadnienie jest bardzo ważne, jeśli naprawdę kochamy swoje zwierzaki.
I niestety nie mam tu rad, jak sobie poradzić z tęsknotą, bo mnie samą ona wysuszała a częstotliwość moich telefonów do domu określała głównie troska o koty.
Dopiero pod koniec pobytu wpadłam na pomysł kupienia sobie pluszowego kotka, na którego mogłam przelać swoją mniłość i z nim rozmawiać ;)
H., czyli Tata Robinsony, przysyłał mi też zdjęcia futrzaków, bo swoich "zabranych" na telefonie
z domu miałam stanowczo za mało.
Mój wyjazd do pracy pociągnął za sobą wewnętrzny konflikt - wzięłam te koty, ratując je od schroniska/ śmierci i czułam się podle zostawiając je w domu. Z drugiej jednak strony wiedziałam, że dzięki temu wyjazdowi polepszy się także ich byt, dostaną lepszą karmę i lepsze zaplecze weterynaryjne, choć nie zdają sobie z tego sprawy.
Na szczęście mam Tatę Robinsony, jedyną osobę, której z umiarkowanie spokojnym sumieniem mogłam powierzyć moje drogocenne istoty. Miałam co prawda pomysł poszukania mruczkom domów tymczasowych, ale porzuciłam go; chyba nie mogłabym na siebie spojrzeć w lustrze gdybym wybrała to rozwiązanie.
PODSUMOWANIE:
Czyli już konkretnie, moje wyjazdowe rady:
- podszlifować angielski, jeżeli nie umiemy języka tubylczego, polecam także wziąć ze sobą słownik/ rozmówki i zainstalować na telefonie np. google translate, jeśli mamy możliwości sprzętowe,
- zadbać o możliwość kontaktu ze światem, ogarnąć roaming, ceny połączeń, zadbać, by po drodze nie padł nam telefon,
- na wszelki wypadek mieć i kartę i gotówkę, w miarę możliwości mieć już od początku jakąś kwotę "na czarną godzinę",
- jeżeli musimy się zapożyczyć, popytajmy najpierw rodzinę i znajomych - jeśli powinie nam się noga dogadamy się w kwestii spłaty długu, co jest o wiele trudniejsze w przypadku banków,
- starać się zostawić sobie trochę luzu w torbach, prawie nigdy nie jest tak, że z czym jedziemy z tym wracamy,
- pomyśleć pakując się o różnych sytuacjach, w jakich możemy się znaleźć (o zmianach pogody też!),
- przejrzeć oferty lokalnych operatorów zamiast bulić za roaming, zastanowić się, czy warto rzucać się od razu na największą ilość darmowych minut i gigantyczny transfer danych,
- poczytać trochę o kraju, do którego się wybieramy, szczególnie o różnicach w przepisach prawa,
- pamiętać, że ludzie są różni, ale warto z nimi dobrze żyć,
- ZAWSZE MIEĆ PLAN B, a najlepiej i C, bo teoria z praktyką lubi się rozmijać a najgorsze, co można zrobić to pozostać biernym i bezradnym.
Dziękuję :)
I życzę samych spokojnych wyjazdów bez przebojów, jeśli już się na jakiś zdecydujecie :)


