Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytam.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytam.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 grudnia 2018

Tytuł, który nie mówi nic - "Pięć dni w październiku".

To książka z serii moich najdawniej kupionych książek, tak że nie mam zielonego pojęcia jakim sposobem mogła się u mnie znaleźć.

W każdym razie do czasu przeczytania opisu z tyłu tytuł wespół z okładką kojarzył mi się dość sentymentalnie i romantycznie, a tu niespodzianka!
Znowu kryminał :D




TYTUŁ: Pięć dni w październiku,
AUTOR: Jordi Sierra i Fabra,
WYDAWNICTWO: Albatros,
STRONY: 336,
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami,
FORMAT: 14 x 20,5cm,
GATUNEK: Powieść historyczna, kryminalna,
CENA: 9,99 zł.

Od razu mogę rzec, że to była dobrze wydana dyszka :)

Opis zachęcił mnie czymś dla mnie ciekawym - umiejscowieniem akcji we wczesnych latach powojennych. Ta tematyka ciągle mnie interesuje i chętnie zanurzam się w tamtych trudnych realiach.




Druk.

Nie ma o czym gadać - beżowy papier, druk rozwlekły - przywykłam.
Aczkolwiek odwiedziła mnie koleżanka i kiedy kartkowała biblioteczkę nazwała ten papier "tym fajnym, naturalniejszym". Może powinnam rozważyć ten punkt widzenia? ;)
Literki słabo nasycone ale wykonanie bez zarzutu.
Żadnego babola nie wychwyciłam.



Język.

Przypominam, że teleportujemy się do 1948 - uważam, że to widać. Język bez udziwnień
i wymysłów, prosty, ładny. Jednak ludzie na kartach powieści używają go w sposób, który zdradza ich miejsce w społeczeństwie: inaczej opowiada służąca, inaczej wypowiada się bogacz. Wraz z opisem zachowania tworzy to spójną całość. Poza tym ludzie w tamtym świecie są wg mojej opinii uprzejmi.
"Dobry dyplomata powie ci słowo "spierdalaj" w taki sposób, że będziesz się cieszył nadchodzącą podróżą" - tak to mniej więcej tam wygląda ;)


Bohaterowie.

Na wejściu polubiłam każdego. Przypominają mi prawdziwych ludzi, jakkolwiek pokracznie to nie brzmi ;)
Mascarell: Z tej książki wyłania się jako człowiek spokojny, zrównoważony i rozsądny.
Z przenikliwym umysłem, dosyć małomówny. Jednak mamy wgląd również w jego wnętrze
i uważam, że ze swoją błyskotliwością i uczuciami nie wygląda na 65 lat - w jakim to wieku go spotykamy.

Patro: Wygląda mi na nie dość że ładną, to jeszcze czułą i oddaną kobietę. Wydaje mi się, że mimo, iż jest jej w treści więcej, to Saez jest tu główniejszą postacią. W każdym razie niewiele się o niej dowiedziałam oprócz paru migawek z przeszłości i paru słów
o obecnym, mało ambitnym zajęciu.
Pod koniec zaczęła mnie już irytować; taka stereotypowa baba z robieniem cyrków
i strzelaniem focha w obliczu zdarzeń, które przerastają jej możliwości pojęcia. Znielubiłam w końcu.

Saez: Powieść w oryginale jest po hiszpańsku, ja miałam styczność z włoskim i właśnie
"z włoska" czytałam sobie nazwy ulic czy imię w/w pana, więc nie będę ryzykować pisowni z pamięci ;)
Poza tym to nazwisko było szeroko znane oraz jest to kompatybilne z "Mascarellem".
Co tu dużo gadać, kawał skurwysyna. Oprócz tego, że chory pojeb to jeszcze chorobliwie chciwy i bezwzględny pojeb. Taki Scrooge albo Mc Kwacz zepsuty wojną. Czai się gdzieś
w tle, ale wrażenie, jakie wywiera na bohaterach udziela się też i czytelnikowi. Niczym Hannibal Lecter z "Milczenia owiec".


Treść.

Mimo, że książka jest trzecim tomem serii nie odczułam tego. Nie czułam się ani zagubiona w treści ani pozostawiona z zakończeniem na wieki wieków - uważam, że Autor bardzo zgrabnie zostawił miejsce na dalsze losy i bardzo ładnie nawiązywał do części poprzednich. Domyślam się, że seria może się rozgrywać chronologicznie.
Nasz detektyw nie kojarzył mi się z nikim (a przecież Hodges z "Pana Mercedesa" też był leciwy, Włoch Bordelli z "Mordercy, którego nie było" - takoż). Szacuneczek. Podoba mi się opanowanie i konsekwencja, z jaką prowadzi śledztwo. Bordelli wobec niego dosyć niewydarzony jest ;)
Opisy bardzo plastyczne. Podoba mi się w sumie, że Autor nie skupia się na pierdołach - taksówka to taksówka, a nie "Volkswagen garbus z zardzewiałymi przednimi nadkolami
i opadającą smętnie jednym rogiem tablicą rejestracyjną". Ok, nie mam nic przeciwko takim opisom ale czytam na tyle dużo, że nie potrzebuję tego żeby wyobrazić sobie autko z '48. Tak że dla mnie to miła odmiana; mieści się więcej sensownej treści.
Nie dziwię się, że pan Jordi jest słynnym pisarzem - ta powieść naprawdę mi się podobała
i mimo, że nie myślałam o niej poza czytaniem, zawsze chętnie do niej zasiadałam.
Ze względu na dość zajęte dni czytałam to przez 3 późne popołudnia z 2-popołudniową przerwą i nie miałam problemu wrócić do akcji. To musi być jedna z wielu oznak talentu Autora :)

Jak już przeczytam jakieś 60 pozostałych książek w kolejce to dokupię resztę serii, wg mnie jest tego warta.

CZAS CZYTANIA: 7,5 godziny.
MOJA OCENA: 7,6/ 10.

niedziela, 9 grudnia 2018

Powieść na wiosnę. "Hiszpański kot".

Urlopowałam niespodziewanie i, jak to na urlopie - nie miałam za bardzo czasu na chwilę usiąść ;)
Niemniej trafił mi się jeden dzień prawie wolny, który mogłam przeznaczyć na lekturę.


TYTUŁ: Hiszpański kot,
AUTOR: Iwona i Piotr Chodorek, Anula Trojanowska,
WYDAWNICTWO: Szara godzina,
STRONY: 304,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 14,5 x 20,5 cm,
GATUNEK: Powieść przygodowa,
CENA: 9,99 zł.

Oczywiście wzięłam ze względu na kota ;)
Byłam ciekawa, dlaczego hiszpański. Nie przeszkadzało mi, że nie czytałam pierwszej części (nie wiedziałam o jej istnieniu nawet).


Opis z tyłu zwyczajny, ani mnie grzał ani ziębił.
Ale znów uznałam popierdółkę jakąś za miłą i potrzebną odmianę.


Druk.

Mam wrażenie, że typowy dla takich tanich książek :p
Trochę beżowy, chropowaty papier, dosyć rozwlekłe litery i akapity,
dosyć mało nasycone barwnikiem.
Ale przeczytałam bez irytowania się.

W tekście niestety sporo niedoróbek typu kobita mówi "wziąłem",
gdzieś literka ostatnia zgubiona...
Było tego jak na moje oko 5 - 10. Raz już sapnęłam z irytacji bo tekst był złożony tak,
że naprawdę nie rozszyfrowałam czy to gadał on czy ona czy kto w końcu.



Do zrobienia zdjęcia poglądowego akurat otworzyły mi się strony
z sympatyczniejszą częścią książki.


Język.

Nie ma o czym mówić. Trochę weterynaryjnego słownictwa, jednak zrozumiałego
dla laika za jakiego się uważam, poza tym prosta treść.


Bohaterowie.

Głównymi bohaterami są bracia, Wojtek i Mikołaj,
reszta jak dla mnie gra role drugorzędne.
Skrobnę tu jeszcze o Agacie - dziewczynie Wojtka, bo spędza z nią pół powieści ostatecznie ;)

Wojtek: Młody weterynarz w odziedziczonej po rodzicach klinice. Stara się być odpowiedzialnym starszym bratem, jednak nie ma zbytnio posłuchu u młodego.
Nie powiem, że nie wzbudził we mnie sympatii, ale też nie urzekł mnie jakoś szczególnie. Wygląda mi trochę na introwertyka, a mnie jest czasem trudno utożsamić się z takimi osobami ;)

Mikołaj: Dosyć różny od brata. Towarzyski lekkoduch z typowym dla jego wieku poczuciem humoru (nauczyć obcokrajowca "masz grubą dupę" i wyjaśnić, że oznacza
to "jesteś bardzo ładna"...). Ta postać jest przynajmniej... jakaś. I dlatego bardziej przypadła mi do gustu.

Agata: Podglądamy jej urlop z Wojtkiem przez spory kawał tekstu, a ja naprawdę nie mam pomysłu, co mogę o niej powiedzieć. Jak dla mnie jest dosyć nijaka. Pasuje do Wojtka :D
Na podstawie tej części naprawdę nie wiem, co mogła widzieć ona w nim i on w niej - poza urodą, o której Autorzy trochę wzmiankują.


Treść.

Czyta się płynnie, ale jak dla mnie jest to książka o niczym. Podglądamy pracę w lecznicy, zmagania młodego ze szkołą, potem urlop weterynarza i... i w sumie nic z tego nie wynika.
Już nie wspomnę, że jakieś emocje znalazłam dopiero przy końcu powieści a dodatkowo bardzo mało związanych z nimi faktów zostało wyjaśnionych!
Rozczarowujące.
Ale nie aż tak, żeby o tym nie zapomnieć po półgodzinie.
Dlatego nazywam tę pozycję wiosenną - lekka bzdurka byle poczytać, kiedy już za ciepło na mroczne czy ważne historie ale jeszcze na tyle chłodno, że chce się czytać.


CZAS CZYTANIA: A z 7 godzin.
MOJA OCENA: 6/ 10.

niedziela, 28 października 2018

Czekaj... CO?! ... "Mama kazała mi chorować".

Ten tytuł przewinął mi się gdzieś w internetach jako "szokujący" czy tam "ciężka lektura".
Takie opinie tylko mnie zachęcają; wydaje mi się, że nie jestem przesadnie wrażliwa
czy łatwo obrzydzająca się.
Toteż zastanawiałam się, czy zaufać internautom - ale "los" wybrał za mnie i wpadła
mi w ręce gdzieś na wyprzedaży.

TYTUŁ: Mama kazała mi chorować,
AUTOR: Julie Gregory,
WYDAWNICTWO: Amber,
STRONY: 296,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 13 x 20,5 cm,
GATUNEK: Literatura faktu,
CENA: 19,99 zł.


Okładka okrutna. W sensie, że niepokojąca - niewyraźne zdjęcie niemrawego dziecka
już kojarzy się z czymś... nieprzyjaznym.

Opis z tyłu nie zrobił na mnie wrażenia; jakoś to do mnie nie docierało.
Tak samo jak i te wstawki o bestsellerze, co do których moje zdanie jest
póki co takie samo.


W ogóle do tematu opisu jeszcze wrócę, ale później.


Druk.

Czytało się fajnie, choć jak dla mnie mógłby być ściślejszy. I blady jakiś taki... Jak to biedne dziecko na okładce :x
Za to bezbłędny.
Papier dosyć matowy - choć dobry do czytania, to te białe i lśniące robią na mnie wrażenie surowca, na który nie pożałowano środków.


Język.

No, ciekawy.
Ta książka jest autobiografią, więc nie ma tu miejsca na zabiegi upiększające. Są bluzgi
i wyzwiska oraz normalne, codzienne słownictwo i konstrukcja zdań. Proste, ale nie prostackie.


Bohaterowie.

Pula jest dosyć ograniczona ;)
Ostatecznie chodzi tu głównie o naszą Autorkę.

Autorka: poznajemy ją jako kilkuletnie dziecko, razem z nią dorastamy. Zagubiona, wymęczona, przez długi czas nieświadoma horroru, jaki ją otacza i przenika. Jak to dzieciak, potrzebuje miłości i akceptacji i bardzo stara się na to... zasłużyć.

Matka: Kobieta absolutnie popierdolona, która niszczy życie ludzi wokół. Konfabulantka
i aktorka za trzy grosze - robienie scen i popisówek akurat znam z autopsji nawet
i niezmiennie napełniają mnie obrzydzeniem. Obiektywnie patrząc też jest ofiarą - niestety zbyt głupią, by to zrozumieć.

Ojciec: Fagas bez jaj, który dał się wciągnąć w całą tę karuzelę. Nie wierzę, że można tak żyć (wegetować)! Bo to, że istnieją charaktery wybitnie łatwo i niezauważalnie podporządkowujące sobie innych (matka) nie jest dla mnie tajemnicą. Postać bierna
i odpychająca jak i cała reszta otaczających Julie osób.

Bohaterowie dalszoplanowi: Grupa ludzi, którym wydaje się, że wszystkie rozumy zjedli,
w rzeczywistości głupi, ślepi i głusi. Z jednym wyjątkiem. Wypisz, wymaluj obraz społeczeństwa. Nie tylko amerykańskiego.


Treść.

No kurwa szokłę.
Czytając, naprawdę często odwracałam wzrok z obrzydzenia lub żeby przełknąć wzbierającą gorycz i uspokoić napierającą agresję.
Nie lubię dzieci, ale zdaję sobie sprawę że wymagają naszej opieki i szacunku, że są istotami, które się na ten świat nie prosiły! Nie mogę pojąć, jak można tak krzywdzić bezbronnego człowieczka, co się kurwa przepala we łbie, że się daje dzieciakowi łebki zapałek do ssania jako łakocie!
Niby jestem odporna, ale naprawdę poruszyła mnie ta książka.

Trochę się podśmiechuję, że Autorka po tych przeżyciach OCZYWIŚCIE została specjalistką w sprawie choroby, która na niej się odbiła ale fakt faktem uważam, że w przypadku przemocy czy zaburzeń psychicznych tylko osoba, która doświadczyła tego bezpośrednio (w najbliższej rodzinie to też dla mnie "bezpośrednio") może w pełni zrozumieć istotę rzeczy.

„Ta książka jest z jednej strony pełna bólu, z drugiej zaś nadziei i radości życia poprzez ukazanie możliwości wyrwania się z kręgu przemocy i powrotu do zdrowia”.
dr n. med. Joanna Cielecka-Kuszyk, prezes Fundacji Mederi – Pomóżmy Dzieciom


Darujcie, ale nie widzę tu radości ani tym bardziej nadziei. Moim zdaniem Autorka
się wygrzebała, bo co innego miała zrobić? Jak dla mnie walka o siebie była jedynym wyjściem.
Już nie wspomnę o ponurym zakończeniu...


W treści znajdują się też przykładowe karty pacjenta Autorki oraz zdjęcia - tak co by sobie czytelnik mógł sam porównać treść z obrazem.


Czy polecam?

Jeśli lubicie emocjonujące treści - jak najbardziej. Teraz jest dobry czas na trudne lektury, lepiej się wczuwa w historie pod kocem i z kotem na kolanach niż na plaży albo jak mózg się roztapia i poza plażą.
Zresztą! Nawet zwyczajnie ciepłą wiosną - nie widzę czytania o cudzych cierpieniach,
kiedy wokół wszystko właśnie radośnie się rozwija i nastraja optymistycznie.
Mnie tam otoczenie rusza, ot co.


CZAS CZYTANIA: 7 godzin,
MOJA OCENA: 7,2/ 10.

Poruszenie tabu to najmocniejsza strona tej książki - i oczywiście najważniejsza.
Niestety, mimo roli jaką pełni, nie mogę jej oceniać tak jak wielowątkowych, fikcyjnych, wciągających powieści.

niedziela, 21 października 2018

Równia pochyła... "Koniec warty".

Pewnie nie zdążę na 17, ale próbuję.

Coś słabo mi ostatnio idzie pisanie; nie mam nic przygotowanego na zapas, nie chce mi się w ogóle siadać przed kompem.
No, w każdym razie od czasu Kinga przeczytałam już kolejną książkę, tak że trzeba się spiąć.



TYTUŁ: Koniec warty,
AUTOR: Stephen King,
WYDAWNICTWO: Albatros,
STRONY: 480,
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami,
FORMAT: 14 x 20,5 cm,
GATUNEK: Powieść detektywistyczna,
CENA: 28,88 zł.


Znowu nie ciągnęło mnie do niej szczególnie - nie lubię fantastyki, to dla mnie takie pierdolety...
No i tytuł sugeruje, że Hodges (Det. Em.) wypisze się z tego świata.


Druk.

Nie ma o czym gadać - jest ok. Za to jest o czym gadać w kwestii błędów Autora. Czytałam ten fragment z 5 razy, ale niestety - jedna z bohaterek najpierw trzyma się za postrzeloną lewą pierś, a 28 akapitów dalej boli ją prawa (bądź odwrotnie ;)). Nie znalazłam na tego byka żadnego wytłumaczenia.
Poza tym wracamy tu znów do korespondencji i tym podobnych różnych sposobów edycji tekstu. Git.



Język.

Nie mam nic nowego do dodania - cykl się zamyka, wracamy do znanych bohaterów a więc i do stylów z pierwszej części.
Szacuneczek za - w mojej ocenie - utrzymanie spójności charakterów bohaterów.


Treść.

Po raz kolejny mimo sceptycznego podejścia powieść wciągnęła mnie od pierwszego zdania.
Bohaterowie są już naznaczeni upływającym czasem (fizycznie i psychicznie); bardzo podoba mi się ten kunszt pisarski.
Fajnie mi się czytało te sklejające się z sobą elementy układanki - niektóre niekoniecznie z tej części!
Tym niemniej trochę już jestem zmęczona cyklem. Nie wiem, czy się przez to doszukuję obniżenia poziomu, czy gdyby to była pojedyncza książka też dostrzegłabym tam kilka sztampowych elementów.
W każdym razie akcja się toczy, nudy nie ma a i elementy paranormalne, których się obawiałam są dla mnie znośne, wplecione bardzo subtelnie i poukrywane w zakamarkach ludzkiego umysłu.
Naprawdę fascynujący pomysł.


Podsumowując, całą trylogię oceniam jako bardzo fajną, ale Mercedesa za przezajebistego.
Nadal podtrzymuję, że do niego wrócę, czy do reszty - buk raczy wiedzieć.
Dwa ostatnie tytuły uważam za bardzo podobne poziomem.


CZAS CZYTANIA: 7 godzin (godziny chyba bardziej miarodajne),
MOJA OCENA: 8,60/ 10. Błąd u Kinga? A fe. Nie przejdzie bez echa.

PS: Nie myliłam się, Detektyw się wymiksowuje z imprezy na tym świecie.

niedziela, 30 września 2018

CD trylogii - "Znalezione nie kradzione".

Znajomi byli w Polsce, nie mogłam przepuścić takiej okazji!
Sprzeniewierzam się więc niniejszym mojej metodzie ("czytamy partiami, które kupowaliśmy") i dokańczam serię; przecież jakbym czekała aż skończę wszystko po drodze to bym mogła przypadkiem fabułę "Pana Mercedesa" zapomnieć :p

... a doczytałabym pewnie już na święta (mam jeszcze ze 40 książek w kolejce) :D
Może i by to nie było głupie, mogłabym znowu rzucić się w wir zakupów.


TYTUŁ: Znalezione nie kradzione,
AUTOR: Stephen King,
WYDAWNICTWO: Albatros,
STRONY: 544,
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami,
FORMAT: 14,5 x 21 cm,
GATUNEK: Powieść detektywistyczna,
CENA: 35,62 zł.

Tytuł pasuje mi do Autora - moim pierwszym skojarzeniem było jedno z dziecięcych powiedzonek a skoro pierwsza część zdecydowanie dziecięca nie jest, byłam tym bardziej ciekawa, co znajdę tu.

No i wreszcie mam pełnowymiarową książkę!

Tak sobie myślę, że Mercedes w takim formacie by trochę cienko przy siostrach wyglądał, toć 500 stron to to miało w wydaniu kieszonkowym! Fajnie, więcej akcji :)


Zanim zaczęłam czytać oczywiście przepatrzyłam okładki ze wszech stron - opis z tyłu... jakoś mnie zniechęcił. Tak samo jak fragment na skrzydełku. Nowi bohaterowie? 
Jakoś tak mi szkoda było mimo, że wiem że toć Det. Em. i przyjaciele zostają ci sami
No, a przynajmniej część ekipy. Przeczytałam ten fragmencik i nie miałam pojęcia 
co do czego przykleić, niemiłe uczucie.


... które oczywiście okazało się moją nie pierwszą i zapewne nie ostatnią 
nadinterpretacją w życiu.


Druk.

Nie ma o czym pisać - perfekcyjny. Oczywiście mógłby być ciaśniejszy, ale takich dużych liter szybko uciekają strony ;) Raz myślałam, że wyłapałam literówkę ale dupa, 
to mnie się przywidziało.



Papier bardzo ładny. Gładki, bielutki, dostatecznie i nieprzesadnie gruby.


Język.

W tej części już mamy mniej urozmaiceń typu listy i SMSy, do których można by użyć innej czcionki - co oczywiście nie oznacza, że jest miałko! Nie chcę się powtarzać - zostańmy
po prostu przy "wysokim poziomie".


Treść.

Czyli to, na co czekałam i czego się obawiałam.

Zacznijmy od tego, że nie wiem, jak Autor to robi, ale czytanie tej książki (znowu!) oddziałuje na ośrodek przyjemności w moim mózgu od pierwszego zdania.
Niektórym ten przysłowiowy "banan na twarzy" pojawia się po forsownym treningu,
po przejażdżce jakimś fajnym autem, po zakupach - ja dokładnie tak samo mam
z tą prozą.

Fabuła fantastycznie nawiązuje do poprzedniej części - idą sobie ramię w ramię, przeplatając się ze sobą. Nowi bohaterowie są wykreowani tak, że osobiście od razu
to "kupuję" -  realistycznie i zarazem inaczej od tych, których pamiętam ze stron innych powieści Kinga. "Starzy znajomi" pozostają takimi, jakimi ich polubiliśmy (bądź nie).

Jedyne, co mi trochę burzy ten obraz, to Pete - mam wrażenie, że jego osobowość kapkę mało odstaje od Narratora - podobny osąd zdarzeń, podobne spostrzeżenia.

Przez pierwszych 120 stron mam wrażenie, że mało się dzieje, spokojna taka ta książka. Oczywiście nie nudziło mnie czytanie, ale zdziwić - zdziwiło. Po tym kamieniu milowym wątki zaczynają już tylko przyspieszać - czytałam na dwa razy, ten drugi zaczynałam od 288 strony i chciałam jeszcze gdzieś zrobić postój żeby nie siedzieć długo w noc ale się
nie dało. W każdym rozdziale dzieje się tyle, że NIE MOŻNA tego odłożyć
i beztrosko iść spać!
Łapałam się na tym, że skakałam wzrokiem parę linijek dalej albo wręcz na następną stronę aby tylko zerknąć w poszukiwaniu wskazówki, co się wydarzy ;)

Chociaż nie jest to już to zachłyśnięcie co przy Panu Mercedesie, nadal oceniam ten tytuł bardzo wysoko.

Szczególne miejsce w moim sercu zajmują nawiązania do kolejnej części (za którą się zaraz zabiorę)  - sięgające chyba już połowy obecnej! Uważam to za nietypowy zabieg;
a że teraz na wolnym mam dużo czasu na hurtowe wręcz czytanie, tym bardziej urzekają mnie nietypowości.


CZAS CZYTANIA: 6 godzin.
MOJA OCENA: 9/ 10.

niedziela, 9 września 2018

Zaskoczenie roku! "Służąca".

Z tego co widzę boom na kryminały nadal trwa (mam oczywiście na myśli markety).

W zaistniałych okolicznościach sięgam po książki, które normalnie bym tylko omiotła wzrokiem - i czasem wychodzi to na dobre!

TYTUŁ: Służąca,
AUTOR: Tara Conklin,
WYDAWNICTWO: Świat książki,
STRONY: 416,
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami,
FORMAT: 20,6 x 12,7 cm,
GATUNEK: Powieść obyczajowa,
CENA: 9,99 zł.


Okładka absolutnie nie zrobiła na mnie wrażenia - tytuł kojarzy mi się dosyć romantycznie; równie dobrze mogłaby to być "zdradzona", "oszukana" jak i "zielonooka".
W oczy rzuca się ładny profil ładnej, młodej pani, dalej wzrok pada na pocztówkę
z plantacji, z pracownikami. Oraz krótki opis.

I tutaj w 105% sprawdza się dosłowne znaczenie "nieoceniania książki po okładce".


Opis z tyłu już bardziej mnie zaciekawił.
Miałam wrażenie, że czegoś podobnego dawno albo i nawet nigdy nie czytałam.
Ale ci patroni... Demotywatory? Dla Studenta? Naprawdę spodziewałam się galaretki.

Co mogę tu wtrącić po lekturze - uważam, że opis z tyłu jest mylący. Wg mnie wynika
z niego, że Lina poznaje tajemnice swojej rodziny dzięki śledztwu w sprawie odszkodowań a uważam, że działo się to niezależnie, choć w tym samym czasie.

Na skrzydełkach znajdziemy krótkie przybliżenie Pani Conklin oraz opinie o książce ludzi, których (ani ich książek) nie znam.
Typowe, za każdym razem kiedy jest taka wstawka będą w niej pochlebstwa przecież.


Druk.

Musiałam zajrzeć do książki bo choć skończyłam ją przedwczoraj to nie pamiętałam ;)
Za bardzo wciągnęłam się w akcję. Zauważyłam za to różne rodzaje czcionek - w treści poznajemy listy i dokumenty - i to przełamuje ten druk, bardzo lubię takie zabiegi.
Błędów wychwyciłam zero.


Język.

Tu mam małą zagwozdkę, brakuje mi nazewnictwa - choć treść jest dla mnie zrozumiała
i daje się wręcz chłonąć, nie powiedziałabym że brzmi jak opowieść koleżanki. Może nauczyciela?
Gdybym kiedykolwiek miała styczność ze studiami być może mogłabym rozszerzyć skalę
 o jakiegoś doktora ;)
No, w każdym razie oceniam go na powyżej przeciętnej.

Czułam, że nie czytam popierdółki zapalonej debiutantki oderwanej od gara (vide Grey...) tylko coś dopracowanego i dojrzałego - mimo, że ta powieść w istocie jest debiutem!


Treść.

Jak dla mnie? Fascynująca.
Zaczyna się solidnie, od początku szokująco i od pierwszych wersów wciąga jak cholera.

Podoba mi się forma: podział na zatytułowane części pozwala na wstępie mieć wgląd,
o kim będziemy czytać a i w miarę przerzucania kolejnych kartek coraz bardziej zbliżamy się do połączenia wątku współczesnego z XIX-wiecznym.
Bardzo to było dla mnie przyjemne, tak odkrywać powoli tajemnice i konotacje.

Czasem Autorka trochę żongluje czasem i miejscem akcji, co dodatkowo motywuje do całkowitego skupienia się na lekturze.
I wiecie co, choć przewracałam oczami na te opinie ze skrzydełka to mogę się podpisać pod nimi obiema ręcyma.

To rzeczywiście jest trudna powieść, bardzo smutna i rzeczywiście przejmująca.

Temat niewolnictwa znam na tyle, że wiem że istniał.
- A! Przepraszam! Jeszcze "rondla" tajemnicy uchylił Tomek Sawyer bodajże, ten od Hucka Finna.

Tak więc dla mnie było to coś nowego, świeżego i ciekawego.

Tutaj zaangażowanie nie kończy się po zamknięciu książki. Historia jest napisana tak fajnie, postacie tak realistyczne i fabuła tak osadzona, że wpisałam bohaterów w Google mając nadzieję, że to jednak nie fikcja - niestety, wygląda na to, że jednak wyobraźnia :(

Dziś obudziłam się o wiele za szybko i śmiejcie się, ale leżałam dwie godziny i nadal rozmyślałam o tym co przeczytałam oraz przywoływałam obrazy wykreowane na podstawie opisów. Wow.

Jakaś dobra passa mnie dotknęła, niedawno Mercedes, teraz to, następna w kolejce jest słynna dziewczyna z pociągu, kontynuacja "Białej Masajki" (której nie czytałam więc na razie odłożę) oraz polecane "Mama kazała mi chorować". Może to dlatego mam problemy ze snem ;)

CZAS CZYTANIA: 2,5 popołudnia,
MOJA OCENA: 9/ 10.

Dopierdalam się: Pani Tara jest prawnikiem i współczesną główną bohaterkę też uczyniła prawniczką więc sobie trochę ułatwiła :p

A tak serio to NA BANK do niej wrócę.






poniedziałek, 20 sierpnia 2018

"Morderca, którego nie było."


Już sam tytuł robi robotę, prawda
Dlatego też powędrował ze mną do kasy. No i oczywiście kot, internet kocha kotki, 
ludzie kochają internet, autorzy kochają czytelników ;)
No, mnie tam złapał.



TYTUŁ: Morderca, którego nie było,
AUTOR: Marco Vichi,
WYDAWNICTWO: Albatros,
STRONY: 288,
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami,
FORMAT: 12,5 x 19,5 cm,
GATUNEK: Kryminał i sensacja,
CENA: 9,99 zł.

Na skrzydełkach krótkie przybliżenie postaci Autora oraz dodatkowy skrót treści.
Wygląda mi to na próbę zapełnienia czymś powierzchni; tylko po co dorabiać dodatkowego papieru jeśli się nie ma na niego pomysłu? W środku są puste, białe.

Podoba mi się za to wytłaczany tytuł.


Opis, z którego niewiele wynika, ale że lubię kryminał i lubię Włochy, szkoda byłoby 
nie spróbować.
A! I koty też lubię.

Piszę po dłuższym czasie od skończenia lektury, nie chciało mi się tak trzaskać kolejnych tytułów i notek. Lato jest, albo zdycham z gorąca albo rowerem jeżdżę i w jeziorze pływam.
Ale pamiętam, że początek niezbyt mnie wessał.
I taka już niewessana zostałam.


Druk.

Rozlazły, kierwa. Czytasz i czytasz a treści nie przybywa.
Znalazłam też jedną jakąś nieważną literówkę.



Poza tym całkiem się czyta. Poza tą rozwlekłością nic nie uwiera.


Język.

Nieszczególnie skomplikowany. Czytając tę powieść czułam się, jakby opowiadał 
mi ją kolega ze szkoły. Nie jakiś debil, ale też i nie prymus.
Na te afrykańskie upały jak znalazł. "Rozważnej i romantycznej" bym nie zdzierżyła, gdybym czytała ją w takich warunkach.

Niemniej nie zawsze mam ochotę na takie luźne gadki, toteż nie wczytywałam 
się zawzięcie. Dużo przerw robiłam bo spać mi się chciało.


Treść.

Rozbieżna.
Uważam, że powieść była o wszystkim, tylko nie o tym śledztwie! 
Jakbym obyczajówkę czytała.
Nie odczuwałam żadnych specjalnych emocji, nawet jeśli coś się zadziało 
to do następnego zadziania już zdążyłam przymknąć lewe oko.

Nasz komisarz ma dobrą opinię w środowisku, w trakcie akcji zostaje też awansowany. Zastanawiam się za co kurwa, bo w tej książce jak dla mnie naprawdę niczym szczególnym się nie wyróżnia mimo uroku osobistego, którego nie można mu odmówić.

Z drugiej strony - pomyślałam, że pewnie w rzeczywistości to właśnie TAK wyglądają śledztwa, nie kończą się w dwa dni jak w serialach.
Dodatkowo opowieść dotyczy lat powojennych, a więc pracy łbem, nie śladami DNA 
czy zapachu.
I tej całej otoczce też uroku nie można odmówić.

W ogóle uważam pomysł na fabułę za fajny, ciekawy i świeży, jeszcze czegoś takiego 
nie spotkałam.
Choćby z tego powodu warto było to przeczytać. 


Książka jest jedną z 11 tego Autora, również komisarz Bordelli pojawia się też gdzie indziej.
Zastanowię się, czy się zapoznawać z resztą ale myślę, że przy okazji kupię. Przynajmniej te komisarzowe, sympatyczny jest :)


CZAS CZYTANIA: 4 dni,
MOJA OCENA: 6,5 - tak jak chłopców w lesie. Podobnie, niedostatecznie mnie wciągnęło ale i podobnie nie mogę ocenić tego źle.

PS: Kot jest :) i jest gwiazdą!

czwartek, 9 sierpnia 2018

Bo wypadało... - "Rozważna i romantyczna".

Starczy tego mistrzowskiego wisielca.

Kolejne w kolejce znam od dawna ze słyszenia - i książkę i film.

Gdyby nie to, że chyba można już tę książkę wpisać w jakiegoś rodzaju kanon lektur, 
które warto znać, gdyby nie to że cena była niska - pewnie nawet bym się nie obejrzała 
za tym tytułem.

TYTUŁ: Rozważna i romantyczna,
AUTOR: Jane Austen,
WYDAWNICTWO: Świat książki,
STRONY: 352,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 21,1 x 13,7 cm,
GATUNEK: Literatura piękna,
CENA: 9,99 zł.



Okładka sugeruje dokładnie to, czego już się domyślałam - że nie będzie to moja ulubiona powieść.
Choć obiektywnie patrząc jest estetyczna i kobieca.


Opis tylko potwierdza tezę.


A tak po prawdzie nie było wcale najgorzej ;)
Ale nie szanowałam tej książki. W przerwach leżała byle gdzie (mam swoje ulubione miejsca na czytanie, które tutaj nie obowiązywały), nie używałam ani razu zakładki. 
Po tym jednym czytaniu jest naprawdę widocznie wymemłana.



Zrobiłam kilka dni odstępu od Pana Mercedesa a i tak wejście w inny świat było trudne 
i nieprzyjemne.

Druk.

Po pierwsze, to wreszcie znów książka o jakichś prawilnych rozmiarach, którą jest za co złapać i jak wygodnie czytać.

Druk też bardzo fajny, ścisły dosyć. Lubię takie.


I dialogów nie za mało, i przypisy wtedy, kiedy ich potrzebowałam, i bez błędów - jest okej.

Tutaj chyba jest miejsce na rozszerzenie mojej oferty recenzyjnej - odczuwam nieodpartą potrzebę opisania osobno języka jak i treści.


Język.

Abstrachując od opinii innych, sama już zaobserwowałam, że język rzeczywiście sukcesywnie dąży do uproszczenia. A raczej języki, bo przecież nasza bohaterka jest pisana po angielsku.

Kiedy oglądam dokumenty o przestępcach sprzed -dziesięciu lat, mam wrażenie graniczące z pewnością, że nawet oni składają zdania sumienniej niż dzisiejszy przeciętny dwudziestolatek.
Kiedy czytam "Rozważną i romantyczną" znowu widzę tę tendencję, tutaj wyglądającą 
mi wręcz na grafomanię - choć nie wątpię, że Autorka nie wyolbrzymiała.

Pierwszych 120 stron odhaczałam partiami po 20... nie mogłam się przestawić, męczyłam się i nużyło mnie to po 15 minutach; myślałam, że będę dukać tydzień.
Co chwilę rugowałam się, że przecież to powieść z XVIII wieku!

Jeżeli kojarzycie "Anię z Zielonego Wzgórza" i jej morza rozpaczy czy inne wszechświaty szczęśliwości, to tu jest podobnie.

Nie mogę podziękować komuś tak po prostu. Muszę do niego mówić NAJczulej, NAJserdeczniej, uznać go za NAJuczynniejszego, NAJzacniejszego kawalera na świecie, który uczynił mnie NAJszczęśliwszą, bo poszedł mi po gazetę.
Ja pierdolę... Nie znoszę takiej maniery.


Treść.

Obyczajowa.

Czytałam - pewnie na jakiejś Wikipedii - że w tamtym okresie modne były powieści 
z dwójką głównych bohaterów, o przeciwstawnych charakterach i nasza Autorka wykazała się dość pionierskim podejściem, pisząc o kochających się siostrach.

Bawi mnie, że umieściła w książce trzy siostry, ale najmłodszą zepchnęła gdzieś do piwnicy ;)
- wiem, wiem, trendy.
No, w każdym razie uważam, że główne bohaterki są przerysowane. Że romantyczna nie jest romantyczna, tylko niezrównoważona i egzaltowana, a rozważna jest żyjącą w cieniu trusią.
Z drugiej strony - jacy mają być ludzie, których życie polega na bywaniu, wyszywaniu, śpiewie, tańcach, spacerach i podróżach? A, i na liczeniu mamony jeszcze.
Tyle dobrze, że - sądząc po tamtych czasach - książka jest dedykowana paniom, więc ma szczęśliwe, sprawiedliwe zakończenie.

"Większa połowa" zleciała mi nadspodziewanie szybko.
Złapałam się jakiś czas temu na tym, że już na początku książki myślę nad oceną dla niej.
I tutaj końcowa jest wyższa.

Uważam, że to bardzo ciekawa lektura choćby ze względu na ten język właśnie, a dalej naprawdę miło jest zanurzyć się w przeszłość po czym uświadomić sobie, jak bardzo zmienił się świat - w mojej ocenie na korzyść kobiet.

Podsumowując, jest w porządku. Nie żałuję lektury.
Taka podróż do innego świata, o którym zapominasz w chwili zamknięcia okładki.


CZAS CZYTANIA: 1,5 dnia,
MOJA OCENA: 7,5.



niedziela, 29 lipca 2018

Czysty zachwyt - "Pan Mercedes".

A chyba ze trzeci dzień się zbieram do pisania.
Nie ma stresu, wrażeń na pewno tak zaraz nie zapomnę :)
Zwykle staram się jak najszybciej napisać, żeby móc zacząć coś następnego,
ale teraz wcale mi się nie chce.

Dla pokolenia tl;dr - to jest po prostu ZAJEBISTE. Fantastyczne. Celne, cyniczne, sarkastyczne, ironiczne, obrzydliwe i wciągające niczym prąd strugowy.


TYTUŁ: Pan Mercedes,
AUTOR: Stephen King,
WYDAWNICTWO: Albatros,
STRONY: 576,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 20,6 x 14,5 cm,
GATUNEK: Powieść detektywistyczna,
CENA: 14,99 zł.



Gdzie można dostać Kinga za 15 ziko? Oczywiście w dupnych koszach w markecie :)
I pewnie dlatego też mam tylko jedną część serii. Widziałam, że to pierwsza to wzięłam, mówię spodoba mi się to dokupię resztę.
(A teraz chuj mnie strzela, bo najchętniej obudziłabym się jutro i żeby już BYŁY).

Dodatkowo, jak zobaczyłam, że to debiut Kinga w innym gatunku - zajrzę 
z tym większą przyjemnością!



Opis oczywiście też tylko utrzymał mnie w tej decyzji.
Ja wiem, że buduje napięcie jak to zwykle w tego typu książkach, ale nie jest to moje pierwsze spotkanie z tym Autorem - przecież z nim nigdy nie wiadomo, 
czy będzie happy end :p


Druk.

Kurwa, znowu kupiłam taką miniksiążeczkę, jak to się źle czyta... nieporęczne okrutnie, szczególnie jak takie opasłe. 

No ale poza tym to spoko, druk wydał mi się trochę drobniejszy niż "standardowy" 
(czyli spotykany przeze mnie najczęściej). I dobrze, więcej treści wejdzie. Nie rozumiem sensu tracenia miejsca na przesadne marginesy.


Tutaj już na szczęście gadulce, zmiany persektywy - lektura nie jest tak nużąca.
Oraz również jest podzielona na części/ "nadrozdziały"(?).
Poza tym King nadaje treści dynamiki i emocji również RÓŻNYMI sposobami edycji TEKSTU.
Bingo!


Treść.

Tego Pana Szanownego czytałam już "Lśnienie", "Cujo" i "Carrie"; nie podobała mi się tylko ta ostatnia - ale też byłam gówniarą wtedy, możliwe że jej nie zrozumiałam.
Po "Lśnieniu" jeszcze długo się bałam; wiem, że świat kręci się m. in. wokół kasy, 
ale śmiać mi się chce jak widzę ekranizację dla leniwych skurwysynów bez wyobraźni czegoś tak dobrego.
A "Cujo" po prostu się pamięta.

I teraz to...
Na pewno dokupię resztę cyklu, najnowszego "Outsidera" już mam. Na szczęście przy byle okazji ktoś na fejsie napisał mi, że nawiązuje do tej trylogii więc odkładam na koniec. 
... Myślałam, że uda mi się choć raz zrecenzować coś świeżego xD

Ale do rzeczy.
Uważam, że King naprawdę króluje na polu mrocznych opowieści.
To nie może być głupi facet, z tymi jego obserwacjami, zarysem bohaterów, biegiem akcji.
Jestem absolutnie zafascynowana.
Właściwie mogłabym powtórzyć tu słowa ze wstępu - bo uwielbiam takie zmyślnie wbijane szpile, ten ponury chichot losu w treści, tę swobodną narrację i niewybredne komentarze.

Co przychodzi mi teraz na myśl - to podobnie dawał czadu Jonas Jonasson w "Stulatku...".

Tutaj wiele razy rżałam na głos; równie wiele - jak nie więcej - uzewnętrzniałam się 
z niewybrednym "ja pierdolę!" po lekturze kolejnych wersów.

Choć obiektywnie patrząc zeżarłam ten tytuł bardzo szybko, to chyba nigdy nie robiłam tylu przerw bo zjadały mnie nerwy.
Nawet mnie to irytowało czasami, żem stara i nie mogę książki doczytać!

Nosz kierwa, leci fabuła, leci, a tu nagle JEB!
Młot na łeb i cześć, koniec rozdziału.
Cudowne :D

http://knowyourmeme.com/memes/that-s-the-evilest-thing-i-can-imagine

Krótko mówiąc, nie szkoda na to ani złotówki, to miód na serce, oczy i wyobraźnię, absolutnie inny wymiar od tych popierdółek, jakie tu czasem wstawiam.
Najlepsze, co miałam w rękach od wielu, wielu tygodni.

Kupować, parzyć herbę i czytać


CZAS CZYTANIA: 1 i 1/3 dnia.
MOJA OCENA: No kurczę 9,75/ 10. Za te przerwy!




sobota, 21 lipca 2018

"Dziewczęta i kobiety".

Nie mam pomysłu na rozwinięcie tytułu.
Ta książka jest... trochę inna. I nie wiem, jak długo już zalega na szafce.
Uważam, że sam tytuł jest intrygujący, musi wystarczyć.

TYTUŁ: Dziewczęta i kobiety,
AUTOR: Alice Munro,
WYDAWNICTWO: WAB,
STRONY: 348
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 11 x 17,5 cm,
GATUNEK: Powieść obyczajowa,
CENA: 7,99 zł.

Jak można się domyślić, nie pamiętam też historii jej nabycia.
Sądząc po cenie, chapnęłam ją hurtem w jakimś Kaufie czy innej Pierdonce;
sporo książek w ten sposób przytuliłam.



Okładka... jak dla mnie mroczna, zachęcająca czyli, plus ten napis o mocnej opowieści - chyba już wiem, czym się kierowałam przy wkładaniu do koszyka ;)

Opis z tyłu też mnie zaciekawił, brzmi niesztampowo.



Druk.

Dosyć mały i ciasny bo i wydanie kieszonkowe, ale nie miałam problemów z czytaniem.
Nie wyłapałam żadnego błędu.

Bardziej przerażała mnie objętość tekstu bez dialogów - znowu...



I obawiam się, że w ocenie nie będę całkiem obiektywna - to trzecia z rzędu pozycja w formie opowiadania. Chociaż lubię tak czytać, teraz jest to po prostu za dużo, zmęczonam.

Po drugie - czytałam już kiedyś coś podobnego!
"Dziennik radzieckiej uczennicy".
Też pisany z perspektywy głównej bohaterki, też opisywał jej lata szczenięce i wejście
w dorosłość, też miał poruszać a mnie nie poruszył. Ale nie uprzedzajmy faktów.


Treść.

Kunsztu Autorce odmówić nie można. Język może nie jest bardzo wyrafinowany
(bo i akcja toczy się parę lat wstecz i nie wśród wyższych sfer), ale spotkamy tu bardzo rozwinięte zdania, wielokrotnie złożone, a każde w nich słowo jest na swoim miejscu
i ma poprawną formę gramatyczną (tak, czytałam na wyrywki takie kawałki po kilka razy
i sprawdzałam, jak wyglądają bez wtrąceń :D).

Powieść podzielona jest na rozdziały? Części? Przyznaję, że robiłam sporo przerw podczas czytania bo bardzo się na tym skupiałam - nie chciałam przeoczyć czegoś, do czego być może Autorka nawiąże dalej tak, jak nawiązywała do przyszłości.

I owszem, przydało się to, choć nie w takim stopniu jakiego się spodziewałam.

Bohaterowie są wg mnie realistyczni; przyjmowałam ich tak jak się przyjmuje wygląd
i zachowanie ludzi, siedząc na knajpianym tarasie przy kawie i obserwując deptak.
Opisy plastyczne - potrafiłam jakoś umiejscowić wydarzenia w wyobraźni i dowolnie żonglować tymi wytworzonymi obrazami.

Trochę czytam, dlatego nie uważam "Dziewcząt..." za "mocną" i "poruszającą" powieść.
Również sposób postrzegania świata przez dziecko, potem nastolatkę i młodą kobietę
z tamtego okresu mnie nie zadziwił - jest mniej więcej taki, jakiego się spodziewałam.
Są pewne zachowania, marzenia i tendencje, które i od stu lat pozostają niezmienne.

Niemniej jeżeli kogoś ciekawi okres powojenny - uważam tę książkę za odpowiednią
do poznawania zwyczajów, obowiązków i rozrywek kobiet, jako podstawę do przemyśleń o tamtym świecie.

Bo tak - rzeczywiście jest ona napisana przez kobietę, o kobietach,
na szczęście nie w typowo kobiecy sposób ;) i wiernie oddaje ich świat.


CZAS CZYTANIA: 1 dzień (z małym hakiem).
MOJA OCENA: 7/10.

sobota, 14 lipca 2018

Przeterminowana nowość - "Przeznaczeni".

Być może zabieram się do pisania ostatnia, chociaż kupiłam jak tylko wpadła mi w oczy (czyli pewnie miesiąc po premierze ;)).

Ale to dobrze.

Przymierzałam się już raz do czytania, ale urwałam w 1/3, nie podchodziła mi.
Kiedy wzięłam się za nią po tych kilku miesiącach, zastanawiałam się co mi w niej,
kierwa, nie pasowało?? Poleciałam po stronach aż miło.

Myślę, że do niektórych książek można, a nawet trzeba dorosnąć i ta jest jedną z nich.

TYTUŁ: Przeznaczeni,
AUTOR: Katarzyna Grochola,
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Literackie,
STRONY: 544,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 12,3 x 19,7 cm,
GATUNEK: Powieść obyczajowa,
CENA: 39,90 zł.




Uważam projekt okładki za dość prosty, ale bardzo mi się podoba. Teraz, po lekturze, uważam że pasuje do treści. No i w czasie popremierowym stał na półce zapewne wśród wszechobecnej czerni, więc tym bardziej się wyróżniał.



Opis z tyłu...
Uważam, że jest bardziej mistyczny niż całokształt. Dla mnie na plus; jak już zapewne 
się domyśleliście, nie lubię takich ezoterycznych pierdoletów.
Ale nie pasuje mi to "Nigdy nie wiadomo, kiedy się widzi kogoś po raz pierwszy..." -
- tzn. domyślam się, że chodzi właśnie o tę przekorę losu, która zajmuje zaszczytne miejsce w powieści, ale oczywiście mój chłopski umysł wtrąca "no chyba wiem
czy już kogoś widziałem, nie?"

Dobrze jest czasem odpocząć od chłopskiego myślenia.

Druk.

Taki do wciągnięcia. Nie za duży, nie za mały, nie za gęsty, nie za rzadki. 
Czytało mi się super nawet leżąc na brzuchu - a raczej smażąc się - na leżaku i trzymając książkę na ziemi. To dla mnie duży wyczyn, bo noszę oksy i nie widzę zbyt dobrze z daleka.



Poza tym uważam ją za dobrze wykonaną - była w moich rękach więcej razy niż średnia przewiduje, a grzbiet wygiął się... zwyczajnie. Choć i tak doprowadza mnie to do szewskiej pasji ;)


Za to teraz pięknie się rozkłada, ułatwiając czytanie - co widać na zdjęciu tekstu. 
Nie musiałam trzymać kartek.


Treść.

Przede wszystkim - ZASKAKUJĄCA. Naprawdę, zakończenie zaserwowało mi klasycznego mindfucka, facepalma czy jak to tam zwać. Musiałam chwilę pomyśleć, żeby ogarnąć zwrot akcji ;)

Bohaterowie...

Pani Grochola ma słabość do rudych ;p
Osobiście nie znoszę wszelkich znamion i przebarwień na skórze, więc wyobrażenie sobie piegusa jako piękności wymaga ode mnie trochę wysiłku. Tutaj Autorka nie pomaga, ponieważ ta jedna z głównych bohaterek (nie jestem pewna, czy ona taka najgłówniejsza...) jest dodatkowo typem człowieka, któremu z chęcią dałabym w łeb.
Skrzywdzone dziecko, z którym trzeba się obchodzić jak z jajkiem bo coś i bo kiedyś i nigdy nie wiadomo kiedy walnie focha na bogu ducha winnych ludzi.

Kurwa każdy ma jakąś przeszłość.

Niemniej realizmu postaciom w tej powieści odmówić nie można.

MOŻE trochę, odrobinkę! Zbyt optymistyczna jest Pani Autor w ich kreśleniu - to nie pierwsza jej moja książka i tak często ci ludzie są tacy... sympatyczni. Empatyczni. Myślący. Zabawni.
Nie spotkałam jeszcze nigdzie takiego zagęszczenia fajnych osób ;)

Trochę smutno się to czyta, jeśli nie masz albo masz jak na lekarstwo podobnych, 
ale realnych znajomych.

Co do mistycyzmu... Uważam go za taki życiowy, na poziomie, na którym wielu z nas stawia pytania egzystencjalne. Nie przeszkadzał mi za szczególnie.
Ostatecznie ja też czasem dyskutuję nad tym kim jesteśmy, dokąd zmierzamy... -
- i czy w ogóle mamy na to wpływ.

Nie będę pisała o bohaterach, ich konotacjach... to nie jest dla mnie ważne. Ważne są dla mnie wrażenia i odbiór, a te są bardzo fajne i bardzo ciepły.

Co tu dużo gadać - jak dla mnie kolejna, dobra lektura tej pisarki.
Czy "absolutny majstersztyk"? Absolutny - nie, majstersztyk jak najbardziej
Żółtodziób by tak nie opisał!
Z czystym sumieniem polecam.

CZAS CZYTANIA: 1,5 dnia.
MOJA OCENA: 8/ 10.