Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzuję.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzuję.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 września 2018

"Ali Deals" - akcesoria rowerowe.

Miałam tu wstawić swoje dwie torebki i jakąś inną pierdutkę kiedy nagle okazało się,
że i do roweru parę rzeczy zamówilim ;)

Zacznę od swoich wyborów.


1. Wodoodporna torebuszka rogoramowa:


Na każdej aukcji są wymiary, ale mimo obcowania jakiś czas z liniałami i projektami zawsze jestem zaskoczona, że przychodzi mi wszystko takie malutkie ;)

Tak jak się spodziewałam, sakiewka jest przyczepiana do ramy na trzy rzepy, z czego górne nie są na jej końcach - zapomka o otwieraniu tego jedną ręką. 
Oraz składa się aż z jednej przegródki.
Chociaż fakt faktem, wobec grubości ramy nie ma czym szaleć.

Materiał faktycznie jest wodoodporny.
Wchodzi do niej na luzie telefon 5,2 cala w etui oraz duża paczka fajek i zapalara.

CENA: 2,01 €.


2. Wodoodporna, dwudzielna torebuszka naramowa:


Mam dwie duże, praktyczne sakwy na bagażniku i pomyślałam, że byłabym ładowniejsza 
z czymś podobnym z przodu - oczywiście nie przyłożyłam się do wymiarów :D

Na zdjęciu telefon 4,7 cala, który ledwo, na wcisk, wchodzi w miejsce między torbami przeznaczone na telefon. Widocznie malutcy Chińczycy mają malutkie telefony i tak też projektują osprzęt ;)

Padłam jak to zobaczyłam, w środku kieszenie tworzy zszyta cieniuchna siatka; wygląda 
to żałośnie ale domyślam się, że prędzej puści szew niż to plastikowe włókno. 
OCZYWIŚCIE i tak posadziłam to na ramę (jeszcze na odwrót...) i z tym jeżdżę, wożę tam pomadkę do ust albo serki wiejskie, po jednym z każdej strony - na styk.

Teraz mój pojazd prezentuje się następująco:


PS: Siodełko też kupowałam po taniości, choć w stacjonarnym, tutejszym sklepie. 
Jakiś czas temu dojebałam tylne sakwy mlekiem i żwirkiem dla kota tak, 
że zostało mi w dłoni kiedy uniosłam rower żeby go przestawić ;)
(Chłopak mi naprawił, jeździ dalej.) 

CENA: 2,20 €.

Beznadziejnie wydane pieniądze ale w sumie mnie uśmiechły, więc nie żałuję ;)


3. Naramowy fchujpakowny transporterek na fajury.


A tu już zakup chłopaka. Być może zauważycie na lewym zdjęciu, że już przy odrobinie światła odblask spełnia swoją funkcję.
Wozi tam zapięcie do roweru ALBO papierosy, portfel i telefon. Pasuje tak akurat.

Jakość wykonania o niebo lepsza od tych moich, ale też i on więcej zapłacił.


W przezroczystej, wodoodpornej kieszonce na telefon sprzęt 5,2 cala w etui pasuje idealnie. Niby jest dotykowa ta folia - faktycznie, można coś przez nią poklikać ale nie przylega dokładnie do telefonu albo ja mam jakieś ruskie palce i dlatego uważam 
ją finalnie za niedziałającą.
Ale chłopak nie narzeka.

CENA: 4,60 + 1,55 wysyłka = 6,15 €.


4. Profeszynal i komfortabyl pedały bajsyklowe.

Chłopak rower se kupił fajny. I fabryka podobno tak zadbała o stabilność stopy cyklisty, że aż buty dziurawiło; tzn. 80% szerokości buta, bo dalej pedały nie sięgały ;)

Przyleciały więc zamienniki, metalowe, mniej kłujące i szersze. Moim zdaniem prezentują się jakby stąd były!


A i wykonanie solidne.
Użytkownik już nie narzeka, więc chyba udane. No ale cena też udana 
(tak, chciałabym wszystko zajebiste i za dwa euro).

CENA: 8,34 + 0,01 wysyłka = 8,35 €.




niedziela, 26 sierpnia 2018

"Ali Deals" - przybory kuchenne II.

Jadziem dali.

Trochę mi poprzychodziło, już tylko jeden itemek zawisnął gdzieś w niebycie;
myślę, że to wcale niezły wynik.

1. Nożyczki do ziół.

Na zdjęciach wyglądało praktycznie. Regularnie kupuję szczypiorek, koperek, cebulkę
a nawet i pietruszkę (nie przepadam) w doniczkach, obcinam, siekam i trzymam zamrożone w słoiczkach.

Po co próbować objąć ręką cały pęk podczas krojenia nożem oraz mieć potem deskę
do mycia? Lepiej ostrzyc czuprynkę i po krzyku!


Szkoda, że nie pomyślałam że tę ściętą czuprynkę też trzeba gdzieś trzymać. A co to 
za różnica czy miska do płukania, czy deska? Chyba tylko w wielkości.

Poza tym jako, iż zielenina bywa soczysta, wcale nie chce ona radośnie opadać 
do przygotowanego naczynia.


Trzeba więc ciąć po kilka nitek na raz, zamiast połowy grzywy, jak próbowałam ;)

Wiem już też, po co był w zestawie kompatybilny grzebyczek.


Cały ten ostrzyżony szczypior uważam za wymemłany i wygnieciony i drugiego podejścia tak zaraz nie zrobię, bo reszty ziół tak często nie używam.
Póki co uważam, że skórka nie warta wyprawki. Łatwiej obciąć łeb normalnymi nożyczkami i pociąć na desce.

CENA: 2,74 €.


2. Papryczana drylownica.

Lubię dania jednogarnkowe i całkiem często paprykę obrabiam.
Ta zabawka też wyglądała całkiem sensownie - zamiast nacinać ogonek naokoło kilka razy nożem wkładasz plasticzek, przekręcasz, voilà!


I dokładnie tak to działa :)
Przy moim konwencjonalnym przygotowywaniu papryki faktycznie pozwala zaoszczędzić czasu i pracy.
Jedyne, czego mi szkoda to tych 2 mm od ogonka więcej - bo ja nacinam zaraz przy nim ;) -
- oraz, że przypomniało mi się o fotce akurat przy żółtej papryce, wkurza mnie to zdjęcie.

Zestaw składa się z dwóch takich szprycowników - drugi o mniejszej średnicy, do długich 
i wąskich odmian - oraz przychodzi w kartonowym pudełeczku z nadrukiem zawartości, nie jak jakaś taniocha, w samej przezroczystej folii!

CENA: 1,49 €.


3. Krajalnica truskawek.

Nie wiem, kto to wymyślił, pewnie jakiś cukiernik - amator, jak mój chłopak ;)
Robimy dość często ciasta z owocami i jesteśmy fanami truskawek - nie było wyboru!

Nie jest najdokładniej wykonane ale myślę, że może spełniać swoją funkcję.

Nie testowałam jeszcze, niestety.

Te nożyki dosyć za palce łapią i sam przedmiot parę gramów waży.
Widzę też w tym pieczarki.

Jak już coś ciachnę, zrobię notkę uzupełniającą.

CENA: 1,45 €.


4. Szablony do kawy.

Zamawiał chłopak, ale uznałam że warto je tu wstawić - kolejny ciekawy, 
niepotrzebny bajerek ;)
Poza tym chcę czymś wypełnić tę ssącą pustkę za zaginioną tareczką do sera za 
40 centów.



Zestaw 16 szablonów - ziarna kawy, serduszka, słoneczko, choinka, uśmieszek, 
nawet pandę znalazłam (no jo, toć Chiny...) Z kakao wychodzi to całkiem ładnie 
tylko wiadomo, że trochę się marnuje.
Na co dzień nie używamy.

CENA: 0,92 €.


To nadal przedmioty z darmową wysyłką.

niedziela, 12 sierpnia 2018

"Ali Deals" - przybory kuchenne I.


Muszę przyznać, że oferta naszych chińskich przyjaciół mnie powaliła.
"Przybory" kojarzyły mi się dotąd bardziej konwencjonalnie ;)

Zamówiłam kilkanaście pierdutek i jeszcze nie wszystkie przyszły oraz za długo by wyszło prezentowanie wszystkich na raz - polecę więc partiami.


1. Lejek.

Wiem, że u nas też można dostać, ale silikonowego i składanego to jeszcze 
nie widziałam :D
A że jestem zbieraczem i pielęgnuję w sobie tę część dzieciaka odpowiedzialną 
za fascynację nowościami i kolorami - bierę.


Lejeczek jak lejeczek, składa się, rozkłada i nalewa. Wygląda dokładnie tak, jak bym tego chciała (spodziewałam się chujowizny, szczerze mówiąc). Można braść.

CENA: 0,85 €.


2. Nakładki do przechowywania żywności.

Czyli alternatywa dla każdorazowego owijania foliami. Uważam to za zajęcie irytujące 
i niewspółmiernie do osiągniętych korzyści zaawansowane energetycznie i materiałowo.
Dzięki tym nalypkom oszczędzam za każdym razem 25 sekund i 50 cm folii!


Te kropeczki to jednostronne wypustki (nie odkryłam jeszcze celu ich egzystencji, powierzchnie różnią się fakturą), druga strona jest gładka i klei się sama do siebie - 
- i do brzegów naczyń. Przechowuję nakładki złożone na pół, tą lepką stroną do siebie.

Wymiary: 10 x 10 cm, 14 x 14 cm i 20 x 20 cm.

Trzymają się zacnie. Jestem zadowolona.


Zostaje na nich zapach jedzenia - nie wystarczy opłukać pary wodą, trza za każdym razem myć płynem.

CENA: 2,06 €.


3. Pierogi mejker.

No to to już fanaberia ;)
Żebym jeszcze namiętnie lepiła... A nawet jeśli, to absolutnie wystarcza mi falbanka 
ze starego, dobrego widelca.
Niemniej przetestować nie zawadzi.
Wygląda normalnie, nie?


Niestety, w rzeczywistości jest stereotypowym, chińskim szajsem :D
Niedorobione, z wystawiającymi smętnie łebki kluskami plastiku, nawet się zamykać 
i otwierać gładko nie chce!
Cieniutkie i wg mnie za małe. No, takie akurat na chińskie pierogi :)


Może raz przetestuję, może akurat będzie działało cudownie, jak już się zamknie? 

Póki co uśmiecham się za każdym razem, kiedy widzę to w szufladzie.

CENA: 0,84 €.


4. Trzymajka do plastrowania.

To też wydało mi się przekomiczne.
Nie umiałam sobie wyobrazić jak by to miało być wykonane - już umiem :)


Kastet dla Pani Domu ^^
Spodziewałam się - jak zwykle - bezszałowności, ale po pierwsze - jakimś cudem przyszło w niepodziurawionej plastikowej torebce i w folii bąbelkowej (w odwrotnej kolejności...), 
a po drugie jest wystarczająco sztywne do wbicia w cebulę. Krzywe trochę ale działa!

Chyba najczęściej używany przez nas gadżet.
Nie nadaje się do pieczarek, rozpoławia je. Całkiem grube te szpile.

Luz, do pieczarek mam co innego ;>

CENA: 1,01 €.


Wszystkie powyższe artefakty kupowałam z darmową wysyłką.

środa, 4 lipca 2018

"Ali Deals" - stroje kąpielowe.

O samych książkach smutno by mi było pisać, muszę coś od siebie!

Postanowiłam więc, że wskoczą tu również niesamowite okazje i fantastyczne przedmioty z Ali Express, których jakość wciąż pozostaje dla wielu wątpliwa,
a zamawiam tego całkiem sporo.

Na pierwszy ogień - stroje kąpielowe.

Dwa,
"gdyby jeden był za mały",
"za brzydki",
"gdyby nie przyszedł"
i tak dalej.

Jak na zamówienia z Chin tanie nie były - 10 i 13 euro,
spodziewałam się więc przyzwoitej jakości.

Jak było?

Materiał oba mają fajny, solidny, standardowy kąpielowy.



Pod spodem są wykończone siateczką - raz o większych, raz odrobinę mniejszych oczkach.



Oraz mają poduszeczki w staniku. Raz - wyciągable a raz nie; bardziej praktyczna wydaje mi się opcja z tymi na stałe - nic się nie przesuwa i nie trzeba ich układać ale zobaczymy jak z trwałością. Nie mam pojęcia z czego są wykonane, jest to dosyć sztywny materiał.

 


Miałam już okazję ich użyć w jeziorze i chlorowanej wodzie i po kilku praniach nie straciły nic z koloru.

Aukcje wybrałam dobrze opisane, tj. z tabelkami rozmiarów.
Kolorowiasty pasuje świetnie, czarno - biały jest troszeczkę ciasny ale da się nosić.
Do pełnej wygody zabrakło może z centymetra - uważam to za wynik nadal zgodny
z rozpiską.

Pasek z pleców w kolorowym jest odpinany - niby praktyczne, ale w praniu namiętnie się wyczepia i fruwa gdzieś po pralce, trochę irytujące, sugerujące pranie w biustonoszowym woreczku.

Pomijając to, uważam, że na ciele wyglądają szałownie i z czystym sumieniem polecam :)




Nie daję linka do aukcji, bo znalazłam po jednej dla każdego ze strojów.


środa, 18 stycznia 2017

Depilator za 4 dychy.

ZŁOTYCH, nie euro ;)

No więc podczas jednego z wielu wojaży Biedronkowych wpadł mi w ręce taki właśnie wynalazek.
Depilator z golarką za jedyne 4 dyszki. Firmy... nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz ;)

A tak poważnie to szukałam go w internetach, jakąś tam wpisywałam i nawet znalazłam, ale jako, że testy robiłam z pół roku temu, a zdjęcia - pompką do roweru,
 teraz już tego nie odcyfruję.

Opakowanie nieduże, zgrabne i powabne. Takie typowe, bym powiedział.
Chłopowa maszynka do golenia była w podobnym. Podoba mi się matowy kartonik,
to jakiś mój fetysz. Kształt samego artefaktu równie kuszący zresztą; ładnego kształtu
i z ornamentem, zaprawdę kobiecy.





W środku skromna instrukcja i skromne wyposażenie:




Depilator, nakładka do bikini, jak sądzę (ała....!) oraz nakładka z golarką, szczoteczka
do czyszczenia i ładowarka.
Zasada działania taka sama jak w produktach Brauna - trzymamy urządzenie pod kątem 90 stopni do skóry, jedziemy pod włos. Nie ma żadnych obrazowych porównań do piasku, ziemi, robaczków.


Ustrojstwo dzięki obłościom naprawdę wygodnie leży w dłoni; zresztą plastik,
z którego jest wykonane również ma fajną, matową fakturę.




Na liście obecności podpisuje się diodka, standardowo migająca podczas ładowania 
na zielono, pulsacyjnie, stale po naładowaniu i czerwono na rozładowaniu.
Plus bonus! 
Depilator działa również będąc podpiętym do sieci!

Niestety, ani SmartLighta ani żadnego innego Lighta tutaj nie uświadczymy
Dziwne uczucie, naście lat depilowałam skórę w białym świetle tego małego (chyba) LEDzika, który wydobywał z cienia najbardziej pajęcze włoski, a tu nagle jestem zdana 
na swój wyjątkowo zwodniczy wzrok.
Trzeba by się było trochę podhodować co by być w stanie kontrolować cokolwiek...

... i cokolwiek wyrwać. Nie wiem, kto to projektował, ale nie wiem również, jak wyobrażał sobie proces wyrywania włosków przez pęsety, których linia jest 
znacząco niżej od obudowy.




Może dłuższe włosie by się załapało, ale takie - w moim przypadku - standardowe
do depilacji, czyli długości 2 - 3 mm szybciej byłoby rwać pęsetą.


Poza tym urządzonko wykonane i spasowane jest zadziwiająco starannie,
nie mam mu nic do zarzucenia.
Dziwi mnie tylko kąt wdziewania ładowarki, może projektant do kwiateczka na obudowie chciał dorzucić osią dupkę do kompletu?
Albo raczej szerszenią ;)



Podsumowując:

Równie dobrze mogłabym te pieniądze spalić nad podgrzewaczem, jednak myślę,
że wyszedłby z tego o wiele krótszy i, być może, mniej ciekawy post ;)

Niby nie zawsze droższy i firmowy znaczy lepszy, nie mam nic do testowania chińskich podróbek (bo poza testami jestem gadżeciarz i jeśli mnie stać, to wolę mieć na elektronice i dodatkach znane logo), ale z tym ciulstwem nie próbujcie.

NAPRAWDĘ ni ma synsu.


Pozdróweczka!

poniedziałek, 4 lipca 2016

Stare vs nowe - Braun Silk épil X'elle i Braun Silk-épil 7.

Czasem i wkurw może być inspirujący.

Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze całkiem niewinną, świeżo upieczoną nastolatką a w konkursach trzeba było się wykazać czymś więcej niż wysłaniem SMSa, 
wygrałam se depilator.
Wygrana nie byle jaka - w tamtych czasach był to jeden z najnowszych modeli. 
Stawiam, że był rok 2003 czy 2004.
Chciałam sprawdzić, ile teraz kosztuje i okazało się, że nawet już nie produkują 
tego artefaktu ;)


Zestaw był skromny:




















Dodana była jeszcze srebrna saszetka na one, jednak ją udało mi się przejebać.

Wygląda na to, że depilacja depilatorowa była jeszcze wtedy w Polsze w powijakach
- druga głowica, dla żółtodziobów, zawierała mniej pęsetek. Nigdy jej nie używałam.
Przy projektowaniu modelu, który kupowałam w 2015 roku nikt już nie zaprzątał sobie tym głowy.

Model prosty jak - podobno - dupczenie w świetle Księżyca. 
Dwie głowice, dwie nasadki, białe światełko "smart light" działające bardzo dobrze
dwa stopnie prędkości, szczoteczka do czyszczenia, kabel, instrukcja obsługi. I już.
Dodatkowo zasilacz jest tak wyprofilowany, żeby zwinąć kabel wokół niego
Korzystałam, zajebiste.

















Wrażenia?
Przez pierwsze lata nie miałam się do czego przyczepić. Później miałam wrażenie, 
że siła pęsetek zmalała. na koniec nazywałam go już depilatoro - golarką, 
bo bolał jak depilator, a działał jak golarka ;)
W każdym razie używałam go dzielnie.

I, taki mały bonus - to gunwo nadal działa! :) jedyne co to czasem kabel przerywa, 
trzeba nim pokręcić, żeby odzyskać prąd. Myślę, że po 10 latach bezawaryjności 
miał do tego prawo ;) 


A tera nowe.

Nowe kupiłam chyba z potrzeby wydania swoich ciężko zarobionych eurusiów bo jakoś szczególnie mi golarko - depilatorek nie przeszkadzał. 
Jednak pracowałam w magazynie, który obsługiwał promocyjną sprzedaż wysyłkową 
i regularnie śledziłam strony naszych klientów.
Razu pewnego patrzę - jest
Nowy Braun w jakimś limited edyszyn zestawie za jedyne 75 juro
Cena w Polsze - ponad 600 zł.
Bierę.

Sprzęt na wypasie, faktycznie dosyć bogato w tej paczce było:


















Od lewej: 
Trymerek na baterię, dodatkowo dwie nakładki na trymerek, 
szczoteczka do czyszczenia trymerka, szczoteczka do czyszczenia depilatora, 
depilator z dwiema głowicami - jedna z pęsetkami, druga do golenia przy skórze niczym maszynka za 90 juro, którą kupiłam chłopu (też Brauna).
Trzy nakładki i chusteczki przygotowujące do depilacji (nie mam pojęcia jak to ma działać, po holendersku jest). I kabel.
Były jeszcze szablony do wygalania sobie na psioszce słoneczek i serduszek,
ale jak widać najprawdopodobniej je wypierdoliłam. Instrukcji nie zlokalizowano 
o ile dobrze pamiętam.

Sam debilator jest już bezprzewodowy, "wet & dry", jednak wypróbuję to "wet" 
pewnie jak już będę się mierzyła na nowy; nieufnam.
Dwie diodki mówią nam o stanie naładowania baterii - kiedy jest już prawie pusta, 
diodka "-" miga na czerwono; zdechnięcie następuje po jakichś 3 minutach
W trakcie ładowania migający na zielono "+" świadczy o ładowaniu, zaś świecący niemigający o naładowaniu.
Kiedy bateria jest pełna a sprzęt odłączony od ładowarki, nie miga nic.

Oczywiście mamy też "smart light", choć tutaj nie jest już tak opisane. 
W każdym razie działa tak samo dobrze jak w staruszku. Fajno, że firma chociaż 
w tej kwestii została przy dobrym rozwiązaniu.
Dwa stopnie prędkości również obecne.

A teraz kropla hejtu, bo choć sprzętu oczywiście używam, jest on w mojej opinii nieprzemyślany i użytkowanie jest bardzo upierdliwe.

Bateria - starcza na jakąś godzinę pracy. Przykro mi, ale golę nogi aż do pachwin 
i jeśli nie jest to już tylko utrzymywanie efektów depilacji, a golenie po używaniu maszynki
po jednej nodze mamy przerwę na ładowanie.
Dlaczego przerwę? A bo to gunwo nie włącza się podczas ładowania. 
Dopiero jak odczepimy kabel łaskawie zaskakuje.
Włącznik - wygląda bardzo ładnie, ale żeby go przekręcić musimy nacisnąć na jeden z tych małych, białych pypciów na ciemnym okręgu. Poza tym, jeśli po tej czynności 
nie pojedziemy palcem po pięknym łuku, to też chujstwa nie włączymy. 
Komu przeszkadzało przesuwanie przód - tył?
Have no.
Zasilacz jest już dość mały, kabel dłuższy, a polityka firmy przybrała obrót "radź se sam" - żadnego zwijanka nie przewidziano.

Skuteczność? 
Reklamuje się, że usuwa włoski jak ziarenka piasku
Porównanie jak najbardziej trafione; mało osób zdaje sobie sprawę, 
że ziarenka piasku nie są aż tak znowu małe. Nie liczcie na jedwabistą gładkość po użyciu. 
Zostawia tyle samo, ile X'elle jak był nowy, zresztą ma tyle samo pęset (40).

Trymerek przydaje się np. do wyrównywania długości włosków pod depilację woskiem. Używam.
Szkoda, że jest zrobiony na odpierdol i albo działa albo nie, zależnie jak się ułoży bateria. Ratuję się folią aluminiową na styku, ewentualnie używam go bez obudowy - wtedy mam większe pole do manewrów baterią.

Obecnie na alledrogo nie znalazłam już tych zestawów, a sam depilator kosztuje 
w okolicach 4 stówek.

Czy kupiłabym go ponownie?
Mając tę wiedzę?

Ni chuja. Poszukałabym jakichś innych ciekawych zestawów.


Ciao!

piątek, 11 kwietnia 2014

Zrób se sam - pasta cukrowa.

Uwaga! Post zawiera zdjęcia mogące obrzydzić i/ lub zniesmaczyć wrażliwców!


Do pasty cukrowej już się kiedyś przymierzałam, ale dałam sobie spokój.
Patrząc teraz z perspektywy czasu wyszła mi jak najbardziej poprawnie; nie wiem czemu zrezygnowałam. Młoda byłam i głupia ;)

Drugie podejście zdecydowałam się popełnić po obejrzeniu tego filmiku na judupie.
Jak dowiedziałam się z któregoś z innych filmów dziewczyna pracuje w salonie kosmetycznym,
więc doświadczenie ma, wiedzę również - bardzo lubię ją oglądać.
No i się zmobilizowałam.

Postanowiłam nie męczyć Was filmem z hatececzka, zresztą nadal nie mam programu do obróbki takich wymysłów.
Zaserwuję więc fotorelację z doświadczenia.

Skład pasty jest banalny - cukier, woda, sok z cytryny i wsio.
Nissiax w filmie ma do użytku miarkę; ja takiego sprzętu nie posiadam, robiłam "na oko", używając jednej szklanki i podług niej ustalając proporcje:









A oto wygląd mikstury do czasu zagotowania:




















Pastę trzeba cały czas mieszać, bo podobno lubi się przypalać. Moje tandetne gary też lubią przypalać, więc uczciwie mieszałam nieprzerwanie. Tak się temu oddałam, że miałam problem
z zagotowaniem tego ustrojstwa, gdzieś po 7 minucie zwiększyłam ogień - czyli gotowałam na najmniejszym palniku na najmniejszym gazie, a wcześniej na połowie tego najmniejszego ;)

Naszym celem jest osiągnięcie bursztynowego koloru. Coś tam słyszałam o konsystencji miodu, więc dzielnie mieszałam w garze nawet po przekroczeniu kolorystycznego limitu, konsystencji miodowej jednakowoż nie uzyskując.






Nie powtarzajcie mojego błędu, pasta wyszła mi zdecydowanie za gęsta.
Myślę, że mogłam zakończyć cały proces na kolorze ze środkowej fotki.

Postanowiłam wykonywać depilację tak jak Nissiax i tak jak robiłam za pierwszym razem,
czyli używać pasty jak wosku - na nałożoną kłaść materiał i tak odrywać.
Podobno dobrze jest nakładać ją ciepłą; Nissiax mówi, że testuje temperaturę na dłoni,
ale u mnie to nie działa - zanim poczuję, że mnie parzy już bym zdążyła zrobić sobie krzywdę nakładając taki ukrop na skórę ;)
Na szczęście mam super ekstra profeszynal termometr, więc po ściągnięciu gara z ognia wbiłam w środek termometrową igiełkę i pilnowałam.

Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że woda po połączeniu z cukrem i sokiem z cytryny zwiększa swoją temperaturę wrzenia :) zaskoczyło mnie to.
Zaraz kiedy mieszanka skończyła wrzeć miała 115 stopni.








Poczekałam aż zejdzie poniżej setki i dopiero wtedy przelałam do słoika i pilnowałam dalej.

Wtedy też połapałam się, że wyprodukowałam ulepę - miała ona 80 stopni a konsystencję...
nie wiem czego, ulepy kurde :D
Mimo tego jak debil czatowałam dalej. Zanim ujrzałam na wyświetlaczu magiczną trzydziestkę,
nie mogłam już w środku poruszyć igłą termometru...
No to net, szukanie porad jak ten drogocenny wkład cukrowy uratować -
- ano podgrzać w kąpieli i spróbować rozrzedzić.

Udało się :) rozrzedzałam i sokiem i wodą, znów w proporcjach "na oko";
w każdym razie wiedziałam już, że będzie ok.

Wczoraj nakładałam pastę o temperaturze trzydziestu stopni, przyklejałam dżinsowy pasek, schładzałam mrożonym schabem i rwałam, było ok. Dziś też musiałam ją podgrzać odrobinę,
w temperaturze pokojowej była zbyt ulepna. I znów - pasek, schab, rwanie.

Nakładałam szpatułką wziętą z auchanowskiego kremu do depilacji, spisała się :)




















A w półlitrowym słoiku wygląda następująco (zdjęcie bez flesza i z):














No to teraz wrażenia:

* pasta na pewno wydajna. Spokojnie starczy na kilka depilacji nóg,
* nie uczula,
* depilacja nie jest bezbolesna - szczególnie, kiedy tego bólu się boimy i niepewnie odrywamy paski - gówno z tego wyjdzie, mówiąc wprost. Ale faktycznie mniej bolesna od depilatora, po użyciu skóra piecze, ale wszystko mija na drugi dzień (czyli w moim przypadku po kilku godzinach ;)),
* efekty podobne do depilatora - krótsze włoski i część długich zostawione. Różnica za to jest taka, że mój depilator większość włosków zwyczajnie urywa, dając okraszony cierpieniami efekt maszynki do golenia, a tu faktycznie widać wyrwane cebulki,
* jak już wspominałam, trzeba rwać paski NAPRAWDĘ szybko. Chwila zawahania i odrywamy boleśnie sam materiał, zostawiając pastę na skórze i tę skórę podrażniając - wczoraj kilka razy zrobiłam sobie taką krzywdę.

Ustrojstwo rzeczywiście pięknie schodzi pod wodą. Przy okazji - jeśli będziecie robić, po przelaniu z gara zalejcie sobie ten gar wodą, w parę minut umyje się sam :)
Używane kawałki starych jeansów też dzisiaj wypłukałam. Z tego co czytałam w komentarzach pod oryginalnym filmikiem niektóre panny były oburzone samym tym pomysłem, ale ja stwierdziłam,
że nie będę co depilację latać do lumpa po nowe jeansy na zmarnowanie, no bez jaj!


Sam sposób polecam, salon kosmetyczny w domu :)

Pozdrawiam!

sobota, 15 marca 2014

Sprawozdanie z hennowania + porównanie henn!

Czyli post finalny, do którego materiały zbierałam, mówiąc obrazowo, w chuj długo ;)


Na początek moje ostatnie hennowanie. Tym razem uwiecznianie miałam zaplanowane wcześniej, więc mam zdjęcia efektów z poszczególnych etapów koloryzacji.

Nie robiłam zdjęć hennowej papki, ponieważ na innych blogach jest ich pełno, a zasadniczo moja nie wyglądała bardzo inaczej od reszty ;)
Za to opatentowałam mieszanie proszku dla niecierpliwych, tj. mikserem ;)

Od dłuższego czasu używam henny czerwonej Khadi z amlą i jatrophą.

Mieszankę przygotowuję wg zaleceń producenta, tj. zalewam wodą o temperaturze 85 stopni,
mieszam i po przestygnięciu jeszcze ciepłą nakładam na umyte włosy, gdzie trzymam ją kolejne
2 - 3 godziny pod reklamówką i czapką.
Włosy najpierw myję mocnym szamponem, ostatnio Familijnym, a potem papkę tylko
spłukuję i zostawiam włosy na dwa dni bez ingerencji czegokolwiek. Następnie myję i pielęgnuję jak zawsze.

Z racji tego, że pierwszy raz nakładałam hennę na włosy farbowane drogeryjnym jasnym blondem -

- a było to w październiku 2012 - musiałam zrobić zdjęcia koloru na włosach wyżartych przez tę farbę i osobne koloru na moich naturalnych. Zapraszam :)

Połączyłam zdjęcia "przed" i "po" dla lepszego uwidocznienia różnicy.


Całe włosy przed farbowaniem i po utlenieniu i kilku myciach:






















Ciemniejsza partia u góry to właśnie moje naturalne.



Odrosty - przed, zaraz po farbowaniu i po utlenieniu:










Zaraz po farbowaniu oznacza w wieczór farbowania, po zmyciu papki i wyschnięciu ;)

A na pierwszym zdjęciu to mój naturalny kolor na ogromnych odrostach; gdzieś tam w brzegach zdjęcia może dojrzycie powiew rudości ;)

Kolor na długości, na zniszczonych włosach - przed, zaraz po farbowaniu i po utlenieniu:





I kolor na naturalkach. Znów przed, zaraz po i po utlenieniu:


Starałam się focić przy w miarę podobnym oświetleniu, ale wicie jak to bywa. 
Każde zdjęcie robione z fleszem.


Osobiście jestem zadowolona :)


Podsumujmy teraz beef henny Khadi i ZARQA.

ZARQA była moją pierwszą henną; kupiłam ją ze względu na cenę - 19,99zł. Niewiele mniej od Khadi, ale wzięłam ją też ze względu na powszechny zachwyt nad Khadi - czuję niechęć do rzeczy, za którymi walą tłumy.
Khadi kupiłam będąc za granicą - dla testów, z ciekawości. I nie było mi już tak szkoda siana ;)

Oto moja subiektywna charakterystyka:

ZARQA
+ dość grubo zmielona. Nie fruwała tak bardzo w powietrzu i mieszała się lepiej niż Khadi (zanim odkryłam mikser);
+ tańsza;
- kolor wychodził mało intensywny;
- szybko się wypłukuje;
- bardzo intensywnie pachnie, podrażniłam sobie mocno gardło samym wdychaniem;
- producent każe najpierw utleniać ją 8 godzin.

KHADI
- bardzo miałka. Fruwa w powietrzu przy każdym poruszeniu i próbie mieszania;
- droższa;
+ intensywny, ognisty kolor;
+ wypłukuje się zdecydowanie wolniej 
+ pachnie odrobinę łagodniej;
+ producent zaleca zalanie gorącą wodą i nakładanie bez utleniania.


Obie henny są opisane jako 100% naturalne (dzięki czemu nie powinnyśmy się obawiać dziwnych kolorów po ewentualnym nałożeniu farby drogeryjnej).
Jak widać, Khadi wyprzedza ZARQĘ bardzo widocznie.
A jak to wygląda w praktyce? 
Hennowanie ZARQĄ opisywałam już w tej notce, ale przypomnę:


Oba zdjęcia pokazują kolor kilka dni po farbowaniu.

I jeszcze raz Khadi:


Zdjęcie z Nl, czyli zupełnie inne farbowanie niż na zdjęciach w pierwszej części postu.


Myślę, że po tym sprawozdaniu zrozumiecie, dlaczego zostanę przy Khadi ;)


P.S.: Sporo dziewczyn zastanawia się, jak to w końcu jest z olejowaniem po hennowaniu. 
Można, nie można? Wypłukuje kolor czy nie? 
Postanowiłam to sprawdzić.
Jako, że włosy składają się z tej samej tkanki co paznokcie i naskórek uznałam, że miarodajne będzie sprawdzenie tego mitu na dłoniach. 
Rozprowadzając papkę na włosach nie nakładałam rękawiczek, tak że zanim się uwinęłam dłonie miałam już iście indiańsko czerwone.
Pierwsze warstwy koloru zmyłam normalnie mydłem; kiedy woda leciała już czysta, a ręce nadal były czerwone, smarowałam je dłuższą chwilę moim oszukanym Kokosnootem. Nie poszło.
Później pomieszałam jeszcze olej z pilingiem - woda nadal była czysta. 
Ostatecznie doszorowałam się samym pilingiem i najtańszym, biedrowym mydłem w płynie co nasuwa wniosek, że po utlenieniu możemy się spokojnie olejować bo barwnik najbardziej wypłukują detergenty.

Pozdrówka! :)

sobota, 25 stycznia 2014

Zieję Ziają.

Wiem, tytuł debilny, ale stwierdziłam, że mogę sobie na niego pozwolić w dobie jednego
z najnowszych hitów Nataszy U. :P

Trochę mnie nie było, chorowałam se, zawzięcie cisnęłam jazdy i testy i szczerze mówiąc nie miałam głowy do blogowych wynurzeń.

Dzisiaj chcę pociągnąć ziajkową serię do ostatniego póki co postu na temat produktów tej firmy.

Na tapecie: Krem nawilżający matujący 25+ na dzień, SPF 6.





















Producent według tego mazidła pozostaje dość oszczędny w słowach:
"Lekki, nawilżający krem. Zapewnia efekt matowej cery oraz zmniejsza widoczność porów skóry
i zaskórników."

Niestety skład był wypisany na pudełku, które już dawno wyrzuciłam. Ciekawskich odsyłam więc do KWC.

Konsystencja:
Bardzo mi odpowiada. Jest rzeczywiście lekka, idealna do smarowania. Przypomina mi pianę
z ubitych jajek, ale taką cięższą, ubitą z żółtkami ;)





















Użytkowanie jest bardzo przyjemne. Jak chyba widać na zdjęciu, zużyłam go już sporo, więc teoretycznie powinnam mieć już wyrobione zdanie. Otóż nie mam.

Działanie:
Nie mogę go jednoznacznie opisać. Niby krem lekki, ale latem dosyć mnie irytował. Ze względu na problemy z cerą zawsze bardzo dokładnie ją oczyszczam, jest dobrze przygotowana na przyjęcie kosmetyków, ale na ciepłe dni był dla mnie zdecydowanie za ciężki. Nie wsiąkał do końca; zostawiał na twarzy denerwujący mnie film. Jakiegoś spektakularnego matowienia czy nawilżenia również nie zauważyłam, miałam wrażenie, że moja skóra go nie przyjmuje, choć smaruję zawsze bardzo cienko.

Ale przyszła zima i niskie temperatury. Ostatecznie nasz bohater nie podrażniał mnie, zmiękczał jednak tę cerę, więc postanowiłam wysmarować go do końca. I to była dobra decyzja, bo teraz moje odczucia są zupełnie inne.
Staram się codziennie być na dworze, sporą wagę przykładam więc do ochrony twarzy - smaruję kremem i kładę pełną szpachlę, tj. korektor, podkład i puder.
(Ogólnie rzecz biorąc podczas pogody, jaką mamy najlepszą opcją jest wazelina, ale byłoby to samobójstwem, kiedy jadę do miasta i bujam się po ogrzewanych pomieszczeniach.)

I teraz jestem zadowolona niesamowicie! Ciapię na pysk o wiele większe porcje a wszystko ładnie się wchłania, pomijając już kwestie makijażowe to nawet gdy siedzę w domu i smaruję się tylko nim wchłania się całkowicie, zostawiając oblicze mięciutkie i gładkie. Idealne, no.
Wiadomo, że po jakichś dwóch godzinach zaczynam znowu się świecić, ale jest to jak na mnie wynik bardzo przyzwoity. Jeszcze biorąc pod uwagę cenę kremiku - ok. 14 zł.

I jak go teraz podsumować?
Doszłam do wniosku, że oprócz rozróżniania kremów na dzienne i nocne, przydałyby mi się jeszcze kategorie letnia i zimowa ;)
Ten produkt zdecydowanie wpisuję do drugiej i jako taki spokojnie polecam :)


Pozdrawiam!

sobota, 11 stycznia 2014

masło kakaowe vs kakaowe masło.

Czyli hit i szit.

Przedstawiam Wam niniejszym bohaterów dzisiejszej oceny:






















Masło do twarzy:
cena: 3,59 zł (Rossmann)
poj.: 50 ml

Masło do ciała:
cena: ok. 13 zł
poj.: 200 ml


Oboje od Ziai, oboje z tej samej - jak myślę - serii, a efekty okazały się skrajnie różne. Na początek jednak zło konieczne, czyli składy:

Krem Masło do twarzy:

Aqua (Water), Caprylic/Capric Triglyceride, Parrafinum Liquidum (Mineral Oil), Cera Microcristallina (Microcrystalline Wax), Parrafin, Glycerin, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Propylene Glycol, Tocopheryl Acetate, Sodium Chloride, 2-Bromo-2-Nitropropane-1, 3-Diol, Sodium Benzoate, Parfum (Fragrance), Citric Acid. 


Masło do ciała:

Aqua (water), Elaeis Guineensis (Palm) Oil, Cetearyl Ethylhexanoate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Caprylic/Capric Triglyceride, Cetearyl Glucoside, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Glycine Soja (Soybean) Oil, Arachis Hypogaea (Peanut) Oil, Juglans Regia (Walnut) Shell Extract, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Tocopheryl Acetate, Sodium Polyacrylate, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylen Glycol, DMDM Hydantoin, Parfum (Fragrance), CI 42090 (FD&C Blue No. 1), CI 19140 (FD&C Yellow No. 5), CI 16035 (FD&C Red No. 40).




"Twarzowiec" z wyglądu całkiem pospolity, ot, biały, treściwy - jak na tłusty krem przystało; konsystencją przypominający masło, ale prawie całkiem roztopione ;) bardziej pasuje mi tu porównanie do na wpół stężałej galaretki, takiej, co to już się trzyma palca, ale nadmiar usiłuje spłynąć. W sumie ten opis pasuje do obu tych kremów.
Różnią się za to kolorem:



































I nieznacznie zapachem - z dużego słoiczka wydobywa się zdecydowanie bardziej intensywny, smakowity, czekoladowy aromat.

Dodatkowo maluch jest niesamowicie irytujący w rozprowadzaniu - ma się wrażenie jakby się rozwarstwiał i najpierw rozsmarowywała się ta "treściwsza" część, a na wierzchu zostawała sama woda... Z dużym na szczęście nie ma tego problemu, konsystencja jest jednolita, bardzo ładnie się smaruje.

Wchłanianie:

No, na twarzy musimy sobie trochę z ulepką poczekać. Mam cerę mieszaną, a i tak nie widzę różnicy w absorbowaniu przez skórę dawki z czoła i z policzków. W dzień stosuję go tylko przed wyjściem na dwór w zimne dni, za to prawie codziennie nakładam na noc - nie zapycha, rano buźka jest cała gładka i nietłusta.

Wersja do ciała znika ze skóry o wiele szybciej, zostawiając przyjemny, delikatniusi film ochronny - ale to przy większych dawkach. Producent wiedział, co mówi - na opakowaniu napisano, by nakładać go grubą warstwą. I rzeczywiście, standardowa warstwa znika nie pozostawiając po sobie nic - oprócz znikającego uczucia napiętej skóry.


Działanie:

I tu zdecydowanie wygrywa twarzowiec.
Muszę przyznać, że mocno się zdziwiłam oglądając teraz skład - daję sobie palce obciąć, że na poprzednim słoiczku był jeszcze wymieniony Panthenol (łagodzący podrażnienia). Niemniej jednak krem ten nadal świetnie koi moją skórę i zmiękcza ją.
Czy poprawia koloryt? Zdecydowanie TAK! po ok. miesiącu regularnego stosowania moja twarz wyglądała jak po opalaniu, zyskała ładny, brązowawy odcień. Szkoda, że tym samym zaczęła mocno odróżniać się od szyi, tak więc ograniczyłam częstotliwość nakładania.
Testowałam też ten krem na podrażnionej po goleniu żyletką skórze nóg - jak najbardziej na plus. Przyniósł natychmiastową, długotrwałą ulgę.
Używam go również pod oczy - nie piecze, nie szczypie, a znów - koi, natłuszcza, długo, ale ładnie się wchłania.
Jak najbardziej mój hit.

... Czego nie mogę powiedzieć o maśle do ciała. Nie wiem jak to jest możliwe przy tak przyjemnym składzie, ale krem ten nie robi prawie nic. Ok, wchłania się, zmniejsza napięcie skóry, ale muszę go wsmarować np. w dłonie z trzy razy, zanim da taki efekt jak np. balsam do ciała Garniera.
Na ciele tak samo - niby dobrze, ale po użyciu tego delikwenta mam wrażenie "niedonawilżenia"... Nothing special.
Tak samo zachowuje się nałożony na usta - tak po 5 - 6 warstwach zmiękczają się suche skórki.
Mimo, że przeznaczony jest do ciała, oczywiście próbowałam kłaść go również pod oczy ;)
Nie róbcie tego. Szczypie, może nie zjadliwie, ale jednak i daje uczucie cięęężkich, zmęczonych oczu.
Wysmaruję go na te dłonie i ariwederczi roma, już więcej go nie kupię.

Podsumowując, u mnie kompletnie nie sprawdziło się to, co zapowiadało się świetnie, za to czarnym koniem tych zawodów okazał się mały, niepozorny, tani kremiczek.


Pozdrawiam! :)



PS: Sprawdzałam w słowniku jak zapisać skrót od "versus" - czy z kropką czy bez. I oto dowiedziałam się, że skrót od słowa "versus" zapisujemy jako "vs", z kropką lub bez.
Aha.