czwartek, 16 stycznia 2014

Postanowiłam, Pożyczyłam, Przeczytałam.


"50 twarzy Greya".

























Jeśli się jeszcze nie domyśliliście to uprzedzę - będzie hejt.

Zacznijmy od tego, że zauważyłam wśród znajomych wielkie poruszenie z okazji ukazania się u nas tego tytułu. Generalnie jeśli o mnie chodzi to z automatu nabieram obrzydzenia do rzeczy, za którymi walą tłumy; poczekałam więc aż się przewalą i po pierwsze popytałam osób, których gust literacki bardzo cenię, o zdanie.
Zdanie było chujowe.
I tu bajka mogłaby się skończyć, gdyby nie mój wyjazd za granicę.

Nie brałam ze sobą książek, czego zapewne też można się domyślić ;)
I tak po 3 miesiącach tyrania na pralni, kiedy roboty zaczęło ubywać, zaczęło równocześnie mi tego czytania brakować.
Zwierzyłam się z tego faktu koleżance z pracy i oto okazało się, że mam w zasięgu polskojęzyczne wydawnictwo! :D

... Greya, kurwa.

No ale ok, mówię przeczytam a potem ocenię, w sumie inaczej nie powinno się postępować chcąc oceniać cokolwiek.

Zawsze najpierw czytam opis z tyłu książki. W tym przypadku już samo to rozłożyło mnie na łopatki (wszystkie przytoczenia z pamięci):
"Autorka zawsze chciała napisać powieść, która porwie tłumy..."
Ach jej, jakież to romantyczne i porywające <3 aż gotowiśmy lecieć, pędzić do Empiku! (wybacz, Bladaczko.)

No dobra, poprychałam se. A co znalazłam w środku?

Język, jĘzYk, JĘZYK. Nie wiem kurwa, czy to tłumacz jakiś ułomny tłumaczył, czy autorka się naczytała powieści charyzmatycznych autorów i wjebała w tę pracę po kawałku stylu każdego z nich czy nie wiem co. Odrzuciło mnie już pierwsze zdanie:
"Do diabła z tymi włosami, zupełnie nie chcą się układać."

...





















Skojarzyło mi się z dziewczynką w wieku szkolnym, która dopiero szuka swojego stylu. Generalnie cała książka jest utrzymana w konwencji takich mdłych zdań, ale - do wszystkiego się można przyzwyczaić.

Skoro już jesteśmy przy pierwszym zdaniu, krótki opis:
Główną bohaterkę, Anastasię (której imię skracano tam na "Ana" - i to też mi się chujowo kojarzy,
z motylkami, takie klimaty) zastajemy właśnie podczas walki z kłakami, które zupełnie nie chcą się układać. A wypadałoby dobrze wyglądać przeprowadzając wywiad z młodym, pięknym i bogatym biznesmenem panem Greyem, o którym nic się nie wie. (Problem warty opisania na całej pierwszej stronie, szczególnie, jak się odjebało w babciną spódnicę, kozaki i żakiet z lumpa. No, nieważne.)

Oczywiście nasza bohaterka jest dupowatą pierdołą, która potrafi wywinąć orła przez własne nogi oraz rumieni się przy byle okazji jak szablonowa cnotka (którą zresztą była).

Nikogo nie powinno zdziwić, że pan Grey jest młody, wysoki, pewny siebie, charyzmatyczny, obrzydliwie przystojny, obrzydliwie inteligentny, skurwysyńsko szarmancki i wykurwiście bogaty.
I oczarowuje pierdołę.

Co nowego dodała autorka do toposu? Ano zainteresowania pana Greya, to jest BDSM.

I tak:
Grey chce zrobić z pierdoły swoją nałożnicę, oczywiście ciągle mówi jej, że nie jest facetem dla niej, po czym codziennie na różne sposoby ciągnie się jej za dupą. Pierdoła po drugim spotkaniu ma już brokat na oczach, motylki w brzuchu i jednorożca w ogrodzie i tak oto wychodzi na to, że w końcu idą razem do łózka.

Ja wiem, że cały świat kręci się wokół seksu, ale średnio chce mi się czytać jak rozgarnięty facet bajeruje ułomną dziewicę i na ile sposobów ją dupczy...

Co ciekawsze, koleś proponuje pierdole podpisanie umowy, kontraktu czy zwał jak zwał, że będzie jej panem a ona jego uległą.
Oh, really? Przecież ta dziewucha i tak jest już w ciebie wpatrzona jak w obrazek i już dawno robiliście seksy bez umów... Wstawka kompletnie z dupy jak dla mnie.

Czy muszę pisać, że nasz Idealny Męski Główny Bohater ma też zaganiacza, który wpędziłby w kompleksy 95% męskiej populacji? Co by to było wszak, taki och, ach, bożyszcze dziewoj a kuśka rozmiaru jak u reszty plebsu, pfff...

Wracając do języka, rozjebało mnie jeszcze jedno:

"(bla bla bla) i doszedł, wykrzykując moje imię:
- Ana!"

No tak, trzeba było przypomnieć, bo może na trzysetnej stronie ktoś jeszcze nie wie, jak ma pierdoła na imię.



















Książka kończy się tym, że kolo - na jej własną prośbę - spuszcza lasce regularny wpierdol pasem, po czym ona wali focha jak stąd do Urugwaju i kończy znajomość.

Cykl ma trzy części. Pozwólcie, że daruję sobie lekturę pozostałych dwóch.
"Ciemniejsza strona Greya" - ciężka rozkmina, może będzie jeszcze zawzięciej chodził pierdole za dupą? W każdym razie jak by nie było - "Nowe oblicze Greya" - i tak będzie hepi end, ona go zmieni, on się zakocha, wezmą ślub, spłodzą dzieci i będą żyli długo i szczęśliwie pławiąc się w luksusach za jego pieniądze.


Tak nawiasem - czytałam to coś chyba z trzy miesiące. Na początku zmusiłam się do ok. 200 stron zaraz po przyniesieniu do domu, potem szybko rzuciłam się dokańczać na dwa dni przed powrotem do Polski, żeby zdążyć oddać koleżance książkę.

Podsumowanie: Żenada. Jak interesuje Was tematyka BDSM, poczytajcie lepiej blogi.
(Miałam jeden ulubiony, ale patrzę własnie, że już nie istnieje :( )


Pozdrawiam!

sobota, 11 stycznia 2014

masło kakaowe vs kakaowe masło.

Czyli hit i szit.

Przedstawiam Wam niniejszym bohaterów dzisiejszej oceny:






















Masło do twarzy:
cena: 3,59 zł (Rossmann)
poj.: 50 ml

Masło do ciała:
cena: ok. 13 zł
poj.: 200 ml


Oboje od Ziai, oboje z tej samej - jak myślę - serii, a efekty okazały się skrajnie różne. Na początek jednak zło konieczne, czyli składy:

Krem Masło do twarzy:

Aqua (Water), Caprylic/Capric Triglyceride, Parrafinum Liquidum (Mineral Oil), Cera Microcristallina (Microcrystalline Wax), Parrafin, Glycerin, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Propylene Glycol, Tocopheryl Acetate, Sodium Chloride, 2-Bromo-2-Nitropropane-1, 3-Diol, Sodium Benzoate, Parfum (Fragrance), Citric Acid. 


Masło do ciała:

Aqua (water), Elaeis Guineensis (Palm) Oil, Cetearyl Ethylhexanoate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Caprylic/Capric Triglyceride, Cetearyl Glucoside, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Hydrogenated Coco-Glycerides, Glycine Soja (Soybean) Oil, Arachis Hypogaea (Peanut) Oil, Juglans Regia (Walnut) Shell Extract, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Tocopheryl Acetate, Sodium Polyacrylate, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylen Glycol, DMDM Hydantoin, Parfum (Fragrance), CI 42090 (FD&C Blue No. 1), CI 19140 (FD&C Yellow No. 5), CI 16035 (FD&C Red No. 40).




"Twarzowiec" z wyglądu całkiem pospolity, ot, biały, treściwy - jak na tłusty krem przystało; konsystencją przypominający masło, ale prawie całkiem roztopione ;) bardziej pasuje mi tu porównanie do na wpół stężałej galaretki, takiej, co to już się trzyma palca, ale nadmiar usiłuje spłynąć. W sumie ten opis pasuje do obu tych kremów.
Różnią się za to kolorem:



































I nieznacznie zapachem - z dużego słoiczka wydobywa się zdecydowanie bardziej intensywny, smakowity, czekoladowy aromat.

Dodatkowo maluch jest niesamowicie irytujący w rozprowadzaniu - ma się wrażenie jakby się rozwarstwiał i najpierw rozsmarowywała się ta "treściwsza" część, a na wierzchu zostawała sama woda... Z dużym na szczęście nie ma tego problemu, konsystencja jest jednolita, bardzo ładnie się smaruje.

Wchłanianie:

No, na twarzy musimy sobie trochę z ulepką poczekać. Mam cerę mieszaną, a i tak nie widzę różnicy w absorbowaniu przez skórę dawki z czoła i z policzków. W dzień stosuję go tylko przed wyjściem na dwór w zimne dni, za to prawie codziennie nakładam na noc - nie zapycha, rano buźka jest cała gładka i nietłusta.

Wersja do ciała znika ze skóry o wiele szybciej, zostawiając przyjemny, delikatniusi film ochronny - ale to przy większych dawkach. Producent wiedział, co mówi - na opakowaniu napisano, by nakładać go grubą warstwą. I rzeczywiście, standardowa warstwa znika nie pozostawiając po sobie nic - oprócz znikającego uczucia napiętej skóry.


Działanie:

I tu zdecydowanie wygrywa twarzowiec.
Muszę przyznać, że mocno się zdziwiłam oglądając teraz skład - daję sobie palce obciąć, że na poprzednim słoiczku był jeszcze wymieniony Panthenol (łagodzący podrażnienia). Niemniej jednak krem ten nadal świetnie koi moją skórę i zmiękcza ją.
Czy poprawia koloryt? Zdecydowanie TAK! po ok. miesiącu regularnego stosowania moja twarz wyglądała jak po opalaniu, zyskała ładny, brązowawy odcień. Szkoda, że tym samym zaczęła mocno odróżniać się od szyi, tak więc ograniczyłam częstotliwość nakładania.
Testowałam też ten krem na podrażnionej po goleniu żyletką skórze nóg - jak najbardziej na plus. Przyniósł natychmiastową, długotrwałą ulgę.
Używam go również pod oczy - nie piecze, nie szczypie, a znów - koi, natłuszcza, długo, ale ładnie się wchłania.
Jak najbardziej mój hit.

... Czego nie mogę powiedzieć o maśle do ciała. Nie wiem jak to jest możliwe przy tak przyjemnym składzie, ale krem ten nie robi prawie nic. Ok, wchłania się, zmniejsza napięcie skóry, ale muszę go wsmarować np. w dłonie z trzy razy, zanim da taki efekt jak np. balsam do ciała Garniera.
Na ciele tak samo - niby dobrze, ale po użyciu tego delikwenta mam wrażenie "niedonawilżenia"... Nothing special.
Tak samo zachowuje się nałożony na usta - tak po 5 - 6 warstwach zmiękczają się suche skórki.
Mimo, że przeznaczony jest do ciała, oczywiście próbowałam kłaść go również pod oczy ;)
Nie róbcie tego. Szczypie, może nie zjadliwie, ale jednak i daje uczucie cięęężkich, zmęczonych oczu.
Wysmaruję go na te dłonie i ariwederczi roma, już więcej go nie kupię.

Podsumowując, u mnie kompletnie nie sprawdziło się to, co zapowiadało się świetnie, za to czarnym koniem tych zawodów okazał się mały, niepozorny, tani kremiczek.


Pozdrawiam! :)



PS: Sprawdzałam w słowniku jak zapisać skrót od "versus" - czy z kropką czy bez. I oto dowiedziałam się, że skrót od słowa "versus" zapisujemy jako "vs", z kropką lub bez.
Aha.

niedziela, 5 stycznia 2014

Szaleństwo Misianki.

Cześć! :)

Post będzie krótki, co by nie zanudzać moich pięciu na krzyż czytelników ciągle długaśnymi opowieściami ;)

Dziś Robinsona zwariowała.
Dostała ADHD ogunka, które zdziwiło nawet ją. Ogunek wywija młynki we wszystkie strony,
a Ksienznicka  łapie go z miną "To żyje!!! O.o"
i gryzie, dziwiąc się, że boli... oraz ucieka przed nim widząc kątem oka roztańczony koniuszek.
Da faq??


A na dobranoc zdjęcie Armandzika, mojego dzielnego towarzysza rodzicielskiej tęsknoty na obczyźnie oraz odbiorcy maminych molestowań.

Tutaj udaje, że molestowanie mu się podoba.






















:)


poniedziałek, 30 grudnia 2013

Dzień kota 2.

Z okazji remontu odłączyłam się od świata wirtualnego i znów musiałam się trochę wstrzymać
z blogasiem.

Jako, że mamy czas lajtowy, poświąteczny a przedsylwestrowy, dziś notka z kategorii, którą najbardziej lubię ;) bajka o futrach. Zapraszam!


Jak zwykle rolę pierwszoplanową obsadza Robinsona, zwana pospolicie Misianką lub Miśkiem - jako jedyna jest u nas kittenkiem czysto domowym, więc każdy spacerek to dla nas spora przygoda ;) dziś także zaprezentuje się w całej krasie ostatni Wielki Nieobecny sesji, czyli Srajtunio.
Z Misią dawno nie byłam na dworze (choć miałam wielką ochotę pokazać jej śnieg
i oczywiście wciepnąć w zaspę ;D czekałam jednak na więcej puchu i się nie doczekałam, no.), więc była na początku dość niepewna. Mimo, że dzielnie brnęła przed siebie






















co chwilę wracała do Mamy upewnić się, że ma obstawę ;)






















Mama chyba się spisała, bo już po kilku minutach Misiek poczuł zew wędrowca i ruszył dziarsko zdobywać świat!






















Dla lepszego zobrazowania dziarskości zaznaczyłam okręconą wokół dłoni smyczkę. Taki to był zew!

Nagle... Chwila przyczajenia. Coś dziwnego pojawiło się na horyzoncie... Coś, czego jeszcze przed chwilą tu nie było!






















Jednak Misia nie byłaby Misią, gdyby nie wyrwała się sprawdzić, kto zacz.
Zacz jednak, jak na dobre dziecko przystało, najpierw przywitał się z Mamą...
(na tym skończyła się jego grzeczność)






















... i kompletnie olał Kittenka.






















Kiedy się zreflektował, było już za późno. FOCH. Nie ignoruje się Ksienznicki, Moi Mili.






















Męskie ego to rzecz nad wyraz delikatna.
Łaski bzz, idę do Mamy. Ona nie stroi fochów.






















Bo Mama kocha Srajtka, a Srajtek kocha Mamę! :)















Dobra, bez jaj teraz, dorosłemu Samcowi Alfa na dzielni (wiosce) nie wypada już chyba wyginać się jak podrostkowi; trzeba się ogarnąć i zachować twarz. Na przykład jakąś nastrojową pozę przybierając...





















... i wykonując czynności, które każdy szanujący się dorosły Samiec Alfa wykonywać powinien.




















Pewnie zastanawiacie się, co w tym czasie robiła Misianka? Zwiała mi razem ze smyczką
i dzikowała w krzakach ;) ale jest grzecznym kotkiem i przyszła na zawołanie. Dla odmiany
w tym samym czasie ulotnił się Srajtunio ^^
Spacerek wkoło komina uznałam za zakończony, wróciłyśmy do domu. Mama zmarznięta, ale zadowolona z fajnej sesji, Misia zmarznięta, za to zadowolona z dzikowania ;) nawet choinki nie próbowała rozbierać.
Mission accomplished, bycz! :D



Szczęśliwego, kociego nowego roku! :)


















PS: Być może zauważyliście przymglenie na większości zdjęć. Nie, to nie mój (pseudo)artystyczny zmysł, po prostu podczas remontu ujebałam telefon zaprawą :x
o czym skapłam się po powyższej sesji. Następne zdjęcia będą już normalne :)
- oczywiście na tyle, na ile pozwala pięciomegapikselowy aparat w moim kulawym hatececzku.

Pa!

środa, 11 grudnia 2013

Podcięłam siano.

Przerzuciłam się już na hennę Khadi; niedługo będę znów farbować to odłożę opinię do czasu, aż będę miała pełną zdjęciową dokumentację ;)

Dziś króciutko - stan mojego siana sprzed ok. miesiąca, bo jeszcze z Nl.
Kolory przekłamane z powodu oświetlenia. No i po prawo ;) mam jeszcze wilgotne włosy.





Z życzeniami kororowych - Mama R.
;)

wtorek, 3 września 2013

htc Desire X. Cóż to za jeden?

No, to jedziemy z mądrościami.
Na początek garść suchych faktów, czyli specyfikacja - wybrałam tylko najważniejsze wg mnie informacje; wszystkie z portalu mgsm.pl (każde interesujące mnie telefonowe parametry sprawdzam u nich, dla mnie jeden z wiarygodniejszych portali).


  • waga: 120 g
  • wyświetlacz: Super LCD; 16M kolorów; 480x800 px - 4.00", 223ppi
  • bateria: Li - Ion 1650 mAh
  • pamięć wbudowana: 4GB
  • pamięć RAM: 768MB
  • karty pamięci: microSD, microSDHC - do 32GB
  • system: Android 4.0.4 ICS
  • procesor: Qualcomm MSM8225, 2 rdzenie
  • zegar procesora: 1GHz

  • HSDPA: 7,20 Mbit/s
  • HSUPA: 5,76 Mbit/s
  • Bluetooth: v4.0
  • WiFi: v802.11 b/g/n
  • USB: v2.0

  • formaty dźwięku: AAC, AAC+, eAAC+, AMR, OGG, WAV, WMA
  • obsługa mp3: Tak.
  • Java: Dalvik

  • matryca aparatu: 5,0Mpix
  • rozdzielczość: 2592x1944 pix
  • Lampa błyskowa: Tak.


Nie dodawałam specyfikacji dot. kamery, po prostu pokrótce opiszę jak sobie radzi.

Przyznam, że zdecydowałam się na ten model po usłyszeniu parametrów. Szczególnie jarałam się mocnym prockiem; choć przy tej ilości RAMu nie można się spodziewać prędkości światła w działaniu, pomyślałam, że moje potrzeby taki układ powinien zaspokoić. Dodatkowo, grzebiąc w necie natrafiłam na niezbyt pochlebne opinie dotyczące układu graficznego zastosowanego w tym cacku - i znów - eee tam, pierdolą. Jakby nie patrzeć ten telefon jest zaklasyfikowany jako model ze średniej półki, więc ma prawo mieć swoje niedociągnięcia.

Jak to wygląda w praktyce?

Wyswietlacz Super LCD, czyli w ulepszonej technologii LCD - naprawdę nie mogę na niego narzekać. Kolory w mojej opinii są dobrze odwzorowane (z czego zresztą telefony htc słyną jak zauważyłam), nie przerysowane i nie blade - gdzie już np. Samsungi mają tę kolorystykę śliczną, ale jak dla mnie nieadekwatną do rzeczywistości, zbyt przejaskrawioną. Wyświetlacz mam ustawiony cały czas na najniższy stopień jasności (battery...) i nie mam problemów z dojrzeniem szczegółów czy odcieni. Inaczej już sytuacja wygląda na zewnątrz - w słoneczny, pogodny dzień konieczne jest ustawienie automatycznej jasności wyświetlacza - czyli w tym przypadku najjaśniejszej - i możemy nadal komfortowo oddawać się telefonowaniu. Ekranik zdaje egzamin nawet w pełnym, letnim słońcu. Nieraz ratował mi rzyć jak się zagalopowałam gdzieś w miasto a potem nie umiałam wrócić ;) i potrzebowałam na szybko obczaić mapy. Nie było żadnego chowania się do cienia żeby coś dojrzeć, nic z tych rzeczy! Po prostu net on i heja :)

A skoro już przy mapach jestem, warto dodać parę słów o tej grafice nieszczęsnej. Nie wierzyłam opiniom w necie, ale fakt - widać, że przy takich dynamicznie zmieniających się szczegółach tel potrzebuje chwili czasu na wczytanie i "ogarnięcie" obrazu. Przy ładowaniu a później przewijaniu map jest to około sekunda, może dwie. Niby mało, ale jednak nie da się nie zauważyć, że brakuje tej płynności i ciągłości w działaniu. Graczem nie jestem, więc w temacie wymagających gierek się nie wypowiem, zresztą w temacie niewymagających również nie ;) w każdym razie Angry Birds dają radę ;)

Bateria. Przy słuchaniu muzyki 10 godzin dziennie (praca...), sprawdzaniu fejsa i poczty 5x dziennie i ściąganiu jednego setu +/- 200MB czternaście, piętnaście godzin uduka. Ładowanie zajmuje 3 - 3,5 h.

Następny punkt programu - internet.
W porównaniu z innymi modelami również ze średniej półki (Iphone 4, Samsung Galaxy SIII mini) mój hatececzek wypada dość blado jeśli chodzi o prędkość pobierania i wysyłania danych. Fakt, nie miałam nigdy w ręce przecinaka typu htc one czy SGS4, jednak patrząc po tym, że przy dobrym zasięgu strony ładują mi się tak szybko, jak na to pozwala grafika, chyba nie jest źle. Na to również złego słowa nie powiem. Przy internecie 36Mbit/s, przez WiFi, pobranie 200MB to kwestia 3, 4 minut; dla mnie wystarczająco. Mam w pracy aż godzinną przerwę obiadową, bardzo szybko zabrakło mi pomysłów na kolejne sety do zassania ;)

Płynność działania. Czyli jak daje radę procek i RAM razem wzięte. Póki nie miałam jeszcze sprzęciocha zarzuconego muzyką i aplikacjami była bajka, chodziło wszystko jak przecinak; uruchamiałam na raz tyle aplikacji ile przyszło mi na myśl (jednocześnie słuchałam muzyki, przeglądałam net, skanowałam telefon antywirusem, pobierałam jakieś pierdółki) i nie zagięłam gościa. Teraz, kiedy mam prawie 4GB muzyki nie jest już tak kolorowo. Zanim zaskoczy wybrany utwór czy tam przełączę się między aplikacjami mija sekunda, dwie. Nie chcę myśleć, jakby to sprawnie szło przy 32-gigowej karcie całej zapełnionej danymi...

System - standardowo obsługuje nas Andek ICS, Ice Cream Sanwich czyli, jednak od długiego czasu jest już możliwość aktualizacji oprogramowania do najnowszej wersji - 4.1 Jelly Bean. Czytałam trochę opinii w necie i ociągałam się z dokonaniem tego dzieła; użytkownicy skarżyli się na pogorszenie głośności muzyki, utratę płynności działania i parę innych rzeczy, których teraz nie pamietam ;) poczekałam więc aż wszystko będzie grało i wtedy zabrałam się za upgrade'a. I faktycznie, nie zauważyłam pogorszenia w płynności czy tam zwolnienia czasu reakcji. Za to sporo spadła mi ilość dostępnej pamięci RAM, na szczęście to, co mi zostało ogarnia system ;)

Jeśli chodzi o filmy - przy dobrym świetle, w ładny dzień wychodzi to nawet znośnie, jednak nie polecam używania tego modelu w zastępstwie kamery. Próbowałam niedawno sfilmować pokaz fajerwerków, ale wyszła tak cholerna lipa, że szkoda gadać. ANI SEKUNDY ostrego obrazu, nic! Za to większość fotek wyszła udana całkiem, próbka poniżej :)

Z wygaszonym wyświetlaczem. Jak widać telefon może śmiało służyć jako lusterko ;)

 Ekran nie jest pokryty słynnym Gorilla Glass, jednak wykazuje świetną odporność na uszkodzenia. Ten telefon od maja całował beton już kilka razy, obijał się w pracy o maszyny i wózki a ciagle wygląda jak nowy :)

Z tyłu już widać pamiątkę po spotkaniach trzeciego stopnia z gruntem. Cała tylna klapka jest 
gumowana, co skutkuje przyjemnym trzymaniem telefonu w ręce. Nie wyślizguje się nawet z wilgotnych dłoni, a obłe kształty poprawiają komfort użytkowania. Dla mnie ta własnie obudowa była głównym powodem przemawiającym na korzyść htc wobec Samsunga. Straszliwie brzydzę się gładkich powierzchni, wydają mi się ciągle tłuste, a Samsungi to jednak dla mnie plastikowe zabawki, mimo przyzwoitego wnętrza.
Wyświetlacz w pełnej jasności przy świetle dziennym:

Wszystkie zdjęcia hatececzka wykonane Samsungiem Galaxy Core.


A teraz fotki z mojego:


Kicia z przejścia granicznego w Słubicach :) bardzo była kochana, mruczasta i spiewająca :) poznała od razu kocią mamę ;) foto bez flesza, bo przy pięknej jak widać pogodzie.




Mapka Brugge ;) również focona w słoneczny dzień, przez szybę. Bez flesza.



Wschód słońca nad naszą uroczą wioską pewnego pięknego dnia, kiedy zaczynaliśmy pracę o 5:45. Tu już było ciemnawo, ale zdjęcie moim zdaniem jak najbardziej udane.


I wreszcie pokaz fajerwerków w Knokke, czarną, czarną nocą. Wyszło... znośnie, moim zdaniem.






Dlaczego więc kupiłam netbuczka?

  • niestety, ale po większych stronach bez wersji mobilnej ciężko się poruszać, nieraz nie da rady kliknąć jakichś list do rozwijania, również pisanie notki na blogu jest jedną wielką męczarnią;
  • myślę, że to akurat wada akurat tego mojego konkretnego modelu - podczas słuchania muzyki odtwarzacz lubi się ni z gruchy ni z pietruchy wyłączać lub w połowie setu stwierdzić, że nie czyta tego utworu; kiedy wejdę normalnie w muzykę - jednak sobie przypomina, że może grać;
  • w standardowym menu galerii nie ma możliwości (albo ja tego nie potrafię!) utworzenia swoich własnych folderów ze zdjęciami, wszystko jest w jednej kupie. Po aktualizacji doszła opcja grupowania zdjęć wg dat wykonania, co mi guano daje, szczerze mówiąc.



Podsumowując:
Mam sentyment do htc i nadal bardzo lubię swój telefon. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że spadał mi wiele razy i pływał w tualecie (:x), a jednak żyje i ma się dobrze - wady, które wymieniłam pojawiły się już na początku użytkowania. Jeżeli szukacie przecinaka do wszystkiego, nie rzucajcie się na ten model, szkoda nerwów. Jednak jeżeli macie trochę cierpliwości, sympatię do Andka i jesteście tak ułomni/ nieskoordynowani ruchowo jak ja - polecam tego piździka, przeżyje wiele.

Pozdrawiam! :)