Z okazji remontu odłączyłam się od świata wirtualnego i znów musiałam się trochę wstrzymać
z blogasiem.
Jako, że mamy czas lajtowy, poświąteczny a przedsylwestrowy, dziś notka z kategorii, którą najbardziej lubię ;) bajka o futrach. Zapraszam!
Jak zwykle rolę pierwszoplanową obsadza Robinsona, zwana pospolicie Misianką lub Miśkiem - jako jedyna jest u nas kittenkiem czysto domowym, więc każdy spacerek to dla nas spora przygoda ;) dziś także zaprezentuje się w całej krasie ostatni Wielki Nieobecny sesji, czyli Srajtunio.
Z Misią dawno nie byłam na dworze (choć miałam wielką ochotę pokazać jej śnieg
i oczywiście wciepnąć w zaspę ;D czekałam jednak na więcej puchu i się nie doczekałam, no.), więc była na początku dość niepewna. Mimo, że dzielnie brnęła przed siebie
co chwilę wracała do Mamy upewnić się, że ma obstawę ;)
Mama chyba się spisała, bo już po kilku minutach Misiek poczuł zew wędrowca i ruszył dziarsko zdobywać świat!
Dla lepszego zobrazowania dziarskości zaznaczyłam okręconą wokół dłoni smyczkę. Taki to był zew!
Nagle... Chwila przyczajenia. Coś dziwnego pojawiło się na horyzoncie... Coś, czego jeszcze przed chwilą tu nie było!
Jednak Misia nie byłaby Misią, gdyby nie wyrwała się sprawdzić, kto zacz.
Zacz jednak, jak na dobre dziecko przystało, najpierw przywitał się z Mamą...
(na tym skończyła się jego grzeczność)
... i kompletnie olał Kittenka.
Kiedy się zreflektował, było już za późno. FOCH. Nie ignoruje się Ksienznicki, Moi Mili.
Męskie ego to rzecz nad wyraz delikatna.
Łaski bzz, idę do Mamy. Ona nie stroi fochów.
Bo Mama kocha Srajtka, a Srajtek kocha Mamę! :)
Dobra, bez jaj teraz, dorosłemu Samcowi Alfa na dzielni (wiosce) nie wypada już chyba wyginać się jak podrostkowi; trzeba się ogarnąć i zachować twarz. Na przykład jakąś nastrojową pozę przybierając...
... i wykonując czynności, które każdy szanujący się dorosły Samiec Alfa wykonywać powinien.
Pewnie zastanawiacie się, co w tym czasie robiła Misianka? Zwiała mi razem ze smyczką
i dzikowała w krzakach ;) ale jest grzecznym kotkiem i przyszła na zawołanie. Dla odmiany
w tym samym czasie ulotnił się Srajtunio ^^
Spacerek wkoło komina uznałam za zakończony, wróciłyśmy do domu. Mama zmarznięta, ale zadowolona z fajnej sesji, Misia zmarznięta, za to zadowolona z dzikowania ;) nawet choinki nie próbowała rozbierać.
Mission accomplished, bycz! :D
Szczęśliwego, kociego nowego roku! :)
PS: Być może zauważyliście przymglenie na większości zdjęć. Nie, to nie mój (pseudo)artystyczny zmysł, po prostu podczas remontu ujebałam telefon zaprawą :x
o czym skapłam się po powyższej sesji. Następne zdjęcia będą już normalne :)
- oczywiście na tyle, na ile pozwala pięciomegapikselowy aparat w moim kulawym hatececzku.
Pa!
poniedziałek, 30 grudnia 2013
środa, 11 grudnia 2013
Podcięłam siano.
Przerzuciłam się już na hennę Khadi; niedługo będę znów farbować to odłożę opinię do czasu, aż będę miała pełną zdjęciową dokumentację ;)
Dziś króciutko - stan mojego siana sprzed ok. miesiąca, bo jeszcze z Nl.
Kolory przekłamane z powodu oświetlenia. No i po prawo ;) mam jeszcze wilgotne włosy.
Dziś króciutko - stan mojego siana sprzed ok. miesiąca, bo jeszcze z Nl.
Kolory przekłamane z powodu oświetlenia. No i po prawo ;) mam jeszcze wilgotne włosy.
Z życzeniami kororowych - Mama R.
;)
wtorek, 3 września 2013
htc Desire X. Cóż to za jeden?
No, to jedziemy z mądrościami.
Na początek garść suchych faktów, czyli specyfikacja - wybrałam tylko najważniejsze wg mnie informacje; wszystkie z portalu mgsm.pl (każde interesujące mnie telefonowe parametry sprawdzam u nich, dla mnie jeden z wiarygodniejszych portali).
Nie dodawałam specyfikacji dot. kamery, po prostu pokrótce opiszę jak sobie radzi.
Przyznam, że zdecydowałam się na ten model po usłyszeniu parametrów. Szczególnie jarałam się mocnym prockiem; choć przy tej ilości RAMu nie można się spodziewać prędkości światła w działaniu, pomyślałam, że moje potrzeby taki układ powinien zaspokoić. Dodatkowo, grzebiąc w necie natrafiłam na niezbyt pochlebne opinie dotyczące układu graficznego zastosowanego w tym cacku - i znów - eee tam, pierdolą. Jakby nie patrzeć ten telefon jest zaklasyfikowany jako model ze średniej półki, więc ma prawo mieć swoje niedociągnięcia.
Jak to wygląda w praktyce?
Wyswietlacz Super LCD, czyli w ulepszonej technologii LCD - naprawdę nie mogę na niego narzekać. Kolory w mojej opinii są dobrze odwzorowane (z czego zresztą telefony htc słyną jak zauważyłam), nie przerysowane i nie blade - gdzie już np. Samsungi mają tę kolorystykę śliczną, ale jak dla mnie nieadekwatną do rzeczywistości, zbyt przejaskrawioną. Wyświetlacz mam ustawiony cały czas na najniższy stopień jasności (battery...) i nie mam problemów z dojrzeniem szczegółów czy odcieni. Inaczej już sytuacja wygląda na zewnątrz - w słoneczny, pogodny dzień konieczne jest ustawienie automatycznej jasności wyświetlacza - czyli w tym przypadku najjaśniejszej - i możemy nadal komfortowo oddawać się telefonowaniu. Ekranik zdaje egzamin nawet w pełnym, letnim słońcu. Nieraz ratował mi rzyć jak się zagalopowałam gdzieś w miasto a potem nie umiałam wrócić ;) i potrzebowałam na szybko obczaić mapy. Nie było żadnego chowania się do cienia żeby coś dojrzeć, nic z tych rzeczy! Po prostu net on i heja :)
A skoro już przy mapach jestem, warto dodać parę słów o tej grafice nieszczęsnej. Nie wierzyłam opiniom w necie, ale fakt - widać, że przy takich dynamicznie zmieniających się szczegółach tel potrzebuje chwili czasu na wczytanie i "ogarnięcie" obrazu. Przy ładowaniu a później przewijaniu map jest to około sekunda, może dwie. Niby mało, ale jednak nie da się nie zauważyć, że brakuje tej płynności i ciągłości w działaniu. Graczem nie jestem, więc w temacie wymagających gierek się nie wypowiem, zresztą w temacie niewymagających również nie ;) w każdym razie Angry Birds dają radę ;)
Bateria. Przy słuchaniu muzyki 10 godzin dziennie (praca...), sprawdzaniu fejsa i poczty 5x dziennie i ściąganiu jednego setu +/- 200MB czternaście, piętnaście godzin uduka. Ładowanie zajmuje 3 - 3,5 h.
Następny punkt programu - internet.
W porównaniu z innymi modelami również ze średniej półki (Iphone 4, Samsung Galaxy SIII mini) mój hatececzek wypada dość blado jeśli chodzi o prędkość pobierania i wysyłania danych. Fakt, nie miałam nigdy w ręce przecinaka typu htc one czy SGS4, jednak patrząc po tym, że przy dobrym zasięgu strony ładują mi się tak szybko, jak na to pozwala grafika, chyba nie jest źle. Na to również złego słowa nie powiem. Przy internecie 36Mbit/s, przez WiFi, pobranie 200MB to kwestia 3, 4 minut; dla mnie wystarczająco. Mam w pracy aż godzinną przerwę obiadową, bardzo szybko zabrakło mi pomysłów na kolejne sety do zassania ;)
Płynność działania. Czyli jak daje radę procek i RAM razem wzięte. Póki nie miałam jeszcze sprzęciocha zarzuconego muzyką i aplikacjami była bajka, chodziło wszystko jak przecinak; uruchamiałam na raz tyle aplikacji ile przyszło mi na myśl (jednocześnie słuchałam muzyki, przeglądałam net, skanowałam telefon antywirusem, pobierałam jakieś pierdółki) i nie zagięłam gościa. Teraz, kiedy mam prawie 4GB muzyki nie jest już tak kolorowo. Zanim zaskoczy wybrany utwór czy tam przełączę się między aplikacjami mija sekunda, dwie. Nie chcę myśleć, jakby to sprawnie szło przy 32-gigowej karcie całej zapełnionej danymi...
System - standardowo obsługuje nas Andek ICS, Ice Cream Sanwich czyli, jednak od długiego czasu jest już możliwość aktualizacji oprogramowania do najnowszej wersji - 4.1 Jelly Bean. Czytałam trochę opinii w necie i ociągałam się z dokonaniem tego dzieła; użytkownicy skarżyli się na pogorszenie głośności muzyki, utratę płynności działania i parę innych rzeczy, których teraz nie pamietam ;) poczekałam więc aż wszystko będzie grało i wtedy zabrałam się za upgrade'a. I faktycznie, nie zauważyłam pogorszenia w płynności czy tam zwolnienia czasu reakcji. Za to sporo spadła mi ilość dostępnej pamięci RAM, na szczęście to, co mi zostało ogarnia system ;)
Jeśli chodzi o filmy - przy dobrym świetle, w ładny dzień wychodzi to nawet znośnie, jednak nie polecam używania tego modelu w zastępstwie kamery. Próbowałam niedawno sfilmować pokaz fajerwerków, ale wyszła tak cholerna lipa, że szkoda gadać. ANI SEKUNDY ostrego obrazu, nic! Za to większość fotek wyszła udana całkiem, próbka poniżej :)
Z wygaszonym wyświetlaczem. Jak widać telefon może śmiało służyć jako lusterko ;)
Ekran nie jest pokryty słynnym Gorilla Glass, jednak wykazuje świetną odporność na uszkodzenia. Ten telefon od maja całował beton już kilka razy, obijał się w pracy o maszyny i wózki a ciagle wygląda jak nowy :)
Wschód słońca nad naszą uroczą wioską pewnego pięknego dnia, kiedy zaczynaliśmy pracę o 5:45. Tu już było ciemnawo, ale zdjęcie moim zdaniem jak najbardziej udane.


Dlaczego więc kupiłam netbuczka?
Podsumowując:
Mam sentyment do htc i nadal bardzo lubię swój telefon. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że spadał mi wiele razy i pływał w tualecie (:x), a jednak żyje i ma się dobrze - wady, które wymieniłam pojawiły się już na początku użytkowania. Jeżeli szukacie przecinaka do wszystkiego, nie rzucajcie się na ten model, szkoda nerwów. Jednak jeżeli macie trochę cierpliwości, sympatię do Andka i jesteście tak ułomni/ nieskoordynowani ruchowo jak ja - polecam tego piździka, przeżyje wiele.
Pozdrawiam! :)
Na początek garść suchych faktów, czyli specyfikacja - wybrałam tylko najważniejsze wg mnie informacje; wszystkie z portalu mgsm.pl (każde interesujące mnie telefonowe parametry sprawdzam u nich, dla mnie jeden z wiarygodniejszych portali).
- waga: 120 g
- wyświetlacz: Super LCD; 16M kolorów; 480x800 px - 4.00", 223ppi
- bateria: Li - Ion 1650 mAh
- pamięć wbudowana: 4GB
- pamięć RAM: 768MB
- karty pamięci: microSD, microSDHC - do 32GB
- system: Android 4.0.4 ICS
- procesor: Qualcomm MSM8225, 2 rdzenie
- zegar procesora: 1GHz
- HSDPA: 7,20 Mbit/s
- HSUPA: 5,76 Mbit/s
- Bluetooth: v4.0
- WiFi: v802.11 b/g/n
- USB: v2.0
- formaty dźwięku: AAC, AAC+, eAAC+, AMR, OGG, WAV, WMA
- obsługa mp3: Tak.
- Java: Dalvik
- matryca aparatu: 5,0Mpix
- rozdzielczość: 2592x1944 pix
- Lampa błyskowa: Tak.
Nie dodawałam specyfikacji dot. kamery, po prostu pokrótce opiszę jak sobie radzi.
Przyznam, że zdecydowałam się na ten model po usłyszeniu parametrów. Szczególnie jarałam się mocnym prockiem; choć przy tej ilości RAMu nie można się spodziewać prędkości światła w działaniu, pomyślałam, że moje potrzeby taki układ powinien zaspokoić. Dodatkowo, grzebiąc w necie natrafiłam na niezbyt pochlebne opinie dotyczące układu graficznego zastosowanego w tym cacku - i znów - eee tam, pierdolą. Jakby nie patrzeć ten telefon jest zaklasyfikowany jako model ze średniej półki, więc ma prawo mieć swoje niedociągnięcia.
Jak to wygląda w praktyce?
Wyswietlacz Super LCD, czyli w ulepszonej technologii LCD - naprawdę nie mogę na niego narzekać. Kolory w mojej opinii są dobrze odwzorowane (z czego zresztą telefony htc słyną jak zauważyłam), nie przerysowane i nie blade - gdzie już np. Samsungi mają tę kolorystykę śliczną, ale jak dla mnie nieadekwatną do rzeczywistości, zbyt przejaskrawioną. Wyświetlacz mam ustawiony cały czas na najniższy stopień jasności (battery...) i nie mam problemów z dojrzeniem szczegółów czy odcieni. Inaczej już sytuacja wygląda na zewnątrz - w słoneczny, pogodny dzień konieczne jest ustawienie automatycznej jasności wyświetlacza - czyli w tym przypadku najjaśniejszej - i możemy nadal komfortowo oddawać się telefonowaniu. Ekranik zdaje egzamin nawet w pełnym, letnim słońcu. Nieraz ratował mi rzyć jak się zagalopowałam gdzieś w miasto a potem nie umiałam wrócić ;) i potrzebowałam na szybko obczaić mapy. Nie było żadnego chowania się do cienia żeby coś dojrzeć, nic z tych rzeczy! Po prostu net on i heja :)
A skoro już przy mapach jestem, warto dodać parę słów o tej grafice nieszczęsnej. Nie wierzyłam opiniom w necie, ale fakt - widać, że przy takich dynamicznie zmieniających się szczegółach tel potrzebuje chwili czasu na wczytanie i "ogarnięcie" obrazu. Przy ładowaniu a później przewijaniu map jest to około sekunda, może dwie. Niby mało, ale jednak nie da się nie zauważyć, że brakuje tej płynności i ciągłości w działaniu. Graczem nie jestem, więc w temacie wymagających gierek się nie wypowiem, zresztą w temacie niewymagających również nie ;) w każdym razie Angry Birds dają radę ;)
Bateria. Przy słuchaniu muzyki 10 godzin dziennie (praca...), sprawdzaniu fejsa i poczty 5x dziennie i ściąganiu jednego setu +/- 200MB czternaście, piętnaście godzin uduka. Ładowanie zajmuje 3 - 3,5 h.
Następny punkt programu - internet.
W porównaniu z innymi modelami również ze średniej półki (Iphone 4, Samsung Galaxy SIII mini) mój hatececzek wypada dość blado jeśli chodzi o prędkość pobierania i wysyłania danych. Fakt, nie miałam nigdy w ręce przecinaka typu htc one czy SGS4, jednak patrząc po tym, że przy dobrym zasięgu strony ładują mi się tak szybko, jak na to pozwala grafika, chyba nie jest źle. Na to również złego słowa nie powiem. Przy internecie 36Mbit/s, przez WiFi, pobranie 200MB to kwestia 3, 4 minut; dla mnie wystarczająco. Mam w pracy aż godzinną przerwę obiadową, bardzo szybko zabrakło mi pomysłów na kolejne sety do zassania ;)
Płynność działania. Czyli jak daje radę procek i RAM razem wzięte. Póki nie miałam jeszcze sprzęciocha zarzuconego muzyką i aplikacjami była bajka, chodziło wszystko jak przecinak; uruchamiałam na raz tyle aplikacji ile przyszło mi na myśl (jednocześnie słuchałam muzyki, przeglądałam net, skanowałam telefon antywirusem, pobierałam jakieś pierdółki) i nie zagięłam gościa. Teraz, kiedy mam prawie 4GB muzyki nie jest już tak kolorowo. Zanim zaskoczy wybrany utwór czy tam przełączę się między aplikacjami mija sekunda, dwie. Nie chcę myśleć, jakby to sprawnie szło przy 32-gigowej karcie całej zapełnionej danymi...
System - standardowo obsługuje nas Andek ICS, Ice Cream Sanwich czyli, jednak od długiego czasu jest już możliwość aktualizacji oprogramowania do najnowszej wersji - 4.1 Jelly Bean. Czytałam trochę opinii w necie i ociągałam się z dokonaniem tego dzieła; użytkownicy skarżyli się na pogorszenie głośności muzyki, utratę płynności działania i parę innych rzeczy, których teraz nie pamietam ;) poczekałam więc aż wszystko będzie grało i wtedy zabrałam się za upgrade'a. I faktycznie, nie zauważyłam pogorszenia w płynności czy tam zwolnienia czasu reakcji. Za to sporo spadła mi ilość dostępnej pamięci RAM, na szczęście to, co mi zostało ogarnia system ;)
Jeśli chodzi o filmy - przy dobrym świetle, w ładny dzień wychodzi to nawet znośnie, jednak nie polecam używania tego modelu w zastępstwie kamery. Próbowałam niedawno sfilmować pokaz fajerwerków, ale wyszła tak cholerna lipa, że szkoda gadać. ANI SEKUNDY ostrego obrazu, nic! Za to większość fotek wyszła udana całkiem, próbka poniżej :)
Z wygaszonym wyświetlaczem. Jak widać telefon może śmiało służyć jako lusterko ;)
Ekran nie jest pokryty słynnym Gorilla Glass, jednak wykazuje świetną odporność na uszkodzenia. Ten telefon od maja całował beton już kilka razy, obijał się w pracy o maszyny i wózki a ciagle wygląda jak nowy :)
Z tyłu już widać pamiątkę po spotkaniach trzeciego stopnia z gruntem. Cała tylna klapka jest
gumowana, co skutkuje przyjemnym trzymaniem telefonu w ręce. Nie wyślizguje się nawet z wilgotnych dłoni, a obłe kształty poprawiają komfort użytkowania. Dla mnie ta własnie obudowa była głównym powodem przemawiającym na korzyść htc wobec Samsunga. Straszliwie brzydzę się gładkich powierzchni, wydają mi się ciągle tłuste, a Samsungi to jednak dla mnie plastikowe zabawki, mimo przyzwoitego wnętrza.
Wyświetlacz w pełnej jasności przy świetle dziennym:
Wszystkie zdjęcia hatececzka wykonane Samsungiem Galaxy Core.
A teraz fotki z mojego:
Kicia z przejścia granicznego w Słubicach :) bardzo była kochana, mruczasta i spiewająca :) poznała od razu kocią mamę ;) foto bez flesza, bo przy pięknej jak widać pogodzie.
Mapka Brugge ;) również focona w słoneczny dzień, przez szybę. Bez flesza.
Wschód słońca nad naszą uroczą wioską pewnego pięknego dnia, kiedy zaczynaliśmy pracę o 5:45. Tu już było ciemnawo, ale zdjęcie moim zdaniem jak najbardziej udane.
I wreszcie pokaz fajerwerków w Knokke, czarną, czarną nocą. Wyszło... znośnie, moim zdaniem.


Dlaczego więc kupiłam netbuczka?
- niestety, ale po większych stronach bez wersji mobilnej ciężko się poruszać, nieraz nie da rady kliknąć jakichś list do rozwijania, również pisanie notki na blogu jest jedną wielką męczarnią;
- myślę, że to akurat wada akurat tego mojego konkretnego modelu - podczas słuchania muzyki odtwarzacz lubi się ni z gruchy ni z pietruchy wyłączać lub w połowie setu stwierdzić, że nie czyta tego utworu; kiedy wejdę normalnie w muzykę - jednak sobie przypomina, że może grać;
- w standardowym menu galerii nie ma możliwości (albo ja tego nie potrafię!) utworzenia swoich własnych folderów ze zdjęciami, wszystko jest w jednej kupie. Po aktualizacji doszła opcja grupowania zdjęć wg dat wykonania, co mi guano daje, szczerze mówiąc.
Podsumowując:
Mam sentyment do htc i nadal bardzo lubię swój telefon. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że spadał mi wiele razy i pływał w tualecie (:x), a jednak żyje i ma się dobrze - wady, które wymieniłam pojawiły się już na początku użytkowania. Jeżeli szukacie przecinaka do wszystkiego, nie rzucajcie się na ten model, szkoda nerwów. Jednak jeżeli macie trochę cierpliwości, sympatię do Andka i jesteście tak ułomni/ nieskoordynowani ruchowo jak ja - polecam tego piździka, przeżyje wiele.
Pozdrawiam! :)
wtorek, 27 sierpnia 2013
No siema!
Nie, nie porzuciłam mojego słit najmojszego blogaska :D
W telegraficznym skrócie:
W telegraficznym skrócie:
- ostatnią notkę pisałam z Muiden, to była moja druga lokalizacja a pierwsza praca w Nl.
- Potem mieszkałam w Eindhoven i pracowałam w innej firmie bo z tej pierwszej mnie wyjebali ;p
- Potem była wioska Eede, przy granicy z Belgią. Bo z drugiej roboty też mnie wyjebali :D
- Ale w tym Eede siedzę już prawie trzy miesiące, do trzech razy sztuka ;) mam zajebistą pracę, blisko morze i fajne miasta do zwiedzania i w ogóle jest git :)
- Kupiłam sobie netbooka i wreszcie mogę normalnie korzystać z netu!
Mam mnóstwo materiałów na notki, aż nie wiem od czego zacząć... Chyba od recenzji telefonu htc Desire X, który kupiłam na początku maja, a przez jakość którego zmuszona byłam kupić netbuczka ;p
Ale to już nie dziś, dziś wystarczy mi, że dałam znak życia ;) teraz muszę sobie całą resztę logistycznie rozplanować.
See you!
środa, 15 maja 2013
"Wizyta u szamana".
Czyli kolejny dokument o obcych kulturach, moim zdaniem o podobnym stopniu obrzydliwości co "śmierć na talerzu" ;)
Program polega na tym, że prowadzący go, podróżnik, w każdym odcinku zabiera w inne miejsce dwóch hamerykańskich ochotników-chorowitków.
Mają oni testować niekonwencjonalne, stosowane od wieków metody leczenia, podczas gdy zachodnia medycyna już spisała ich na straty.
Ogólnie obejrzałam jak dotąd odcinki z trzy? Nigdy nie wiem kiedy to jest, oglądam jak trafię. W każdym razie uczestnicy czyścili już sobie jamę nosową gumową rurką, zakopywali się w grobie, przykładali do stóp pijawki, prowokowali wymiotki (Indie), pili wino z myszy, żółć i krew świeżo zabitego węża, stosowali akupunkturę (Chiny) oraz jedli/ pili smażony tłuszcz kajmana i wsuwali halucynogenne ziółka (Peru).
Niektóre z okazanych metod okazały się wymiernie skuteczne. Były to:
- pijawki przykładane w miejscach brzydkich zmian skórnych (wysysały wysięki),
- akupunktura - praktycznie na wszystko; akurat w programie jednemu gościowi częściowo przywróciła węch, a drugiego uwolniła od przewlekłych bóli pleców,
- picie wody i rzyganie nią podobno zahamowało u jednego faceta rozpoczynającą się migrenę.
Jako, że z moją skórą wszystko względnie ok oraz nie mam nikogo znajomego parającego się akupunkturą, nie przetestuję tych rewelacji.
Za to często boli mnie łeb, więc niedługo spodziewajcie się relacji z testów zależności między głową a żółądkiem ;)
I oczywiście zachęcam do rzucenia okiem na oryginał.
Program polega na tym, że prowadzący go, podróżnik, w każdym odcinku zabiera w inne miejsce dwóch hamerykańskich ochotników-chorowitków.
Mają oni testować niekonwencjonalne, stosowane od wieków metody leczenia, podczas gdy zachodnia medycyna już spisała ich na straty.
Ogólnie obejrzałam jak dotąd odcinki z trzy? Nigdy nie wiem kiedy to jest, oglądam jak trafię. W każdym razie uczestnicy czyścili już sobie jamę nosową gumową rurką, zakopywali się w grobie, przykładali do stóp pijawki, prowokowali wymiotki (Indie), pili wino z myszy, żółć i krew świeżo zabitego węża, stosowali akupunkturę (Chiny) oraz jedli/ pili smażony tłuszcz kajmana i wsuwali halucynogenne ziółka (Peru).
Niektóre z okazanych metod okazały się wymiernie skuteczne. Były to:
- pijawki przykładane w miejscach brzydkich zmian skórnych (wysysały wysięki),
- akupunktura - praktycznie na wszystko; akurat w programie jednemu gościowi częściowo przywróciła węch, a drugiego uwolniła od przewlekłych bóli pleców,
- picie wody i rzyganie nią podobno zahamowało u jednego faceta rozpoczynającą się migrenę.
Jako, że z moją skórą wszystko względnie ok oraz nie mam nikogo znajomego parającego się akupunkturą, nie przetestuję tych rewelacji.
Za to często boli mnie łeb, więc niedługo spodziewajcie się relacji z testów zależności między głową a żółądkiem ;)
I oczywiście zachęcam do rzucenia okiem na oryginał.
wtorek, 14 maja 2013
Upubliczniam włosy me.
Włosomaniaczką bym się nie nazwała; to znaczy interesuję się domowymi kosmetykami, pielęgnacją itede, ale niestety tylko w teorii, w praktyce za wielki ze mnie leń, żeby regularnie fundować włosom coś więcej niż olejowanie po każdym myciu.
Dzisiaj chcę się pochwalić efektami (?) mojego trzeciego w życiu hennowania. Mam włosy sporo za ramiona, a 100g henny męczyłam przez trzy użycia, od października :)
Jestem strasznym niecierpliwcem i często zmieniam imidż na łbie, wobec czego stwierdziłam, że fajnie będzie zebrać te wszystkie eksperymenty w jednym miejscu. Oczywiście zdjęcia będą tylko aktualne; nic starego nie mam, co chwilę piehdoli mi się twardy dysk.
Używałam henny ZARQA z all. Jako, że jestem w temacie kompletnym świeżakiem nie napiszę jej recenzji dopóki nie spróbuję osławionej Khadi; zamierzam niedługo się wykosztować, choć z bólem serca.
Farbowałam średnio co 2,5 miesiąca, głownie ze względu na odrosty. Przed operacją sytuacja wyglądała następująco:
Czyli widać już przebijający blond (dziwne, przed henną miałam ma włosach coś w klimacie wiśniowym) i moje bure, obrzydliwe odruny.
Reszta włosów też szału nie robiła:
Choć oczywiście patrząc na siebie codziennie nie zwróciłam uwagi na wypłukany kolor.
Utleniałam hennę 10 godzin, trzymałam na głowie kolejne trzy. Po 10 dniach hennowe błocko chyba wreszcie mi się zmyło na dobre, więc mogę uznać proces za zakończony. Wyszło następująco:
Czyli moim skromnym zdaniem bez rewelacji. Kolor owszem, odświeżony, odrosty przyrudzone (wiadomo, że henna nie wyrówna koloru między kawałkiem włosa zdrowym a zniszczonym farbami) - czego oczywiście nie udało mi się ująć na fotce; nie mam pojęcia jak udało mi się zrobić to pierwsze zdjęcie, chyba w myśl zasady, że głupi ma zawsze szczęście ;)
Następnym krokiem będzie Khadi czerwona, jednak chciałabym uzyskać czuprynę bardziej ognistą.
Całą siłą woli wzbraniam się przed farbowaniem chemicznym bo korci mnie strasznie... No, zobaczymy.
Pozdrawiam :)
PS: Kuźwa, jak zwykle zapomniałam się oznakować :| dobra, ten raz sobie daruję; w sumie niech se to nawet idzie w świat jak kogoś interesuje. Najważniejsze to oznakowanie kittenków ;p
Dzisiaj chcę się pochwalić efektami (?) mojego trzeciego w życiu hennowania. Mam włosy sporo za ramiona, a 100g henny męczyłam przez trzy użycia, od października :)
Jestem strasznym niecierpliwcem i często zmieniam imidż na łbie, wobec czego stwierdziłam, że fajnie będzie zebrać te wszystkie eksperymenty w jednym miejscu. Oczywiście zdjęcia będą tylko aktualne; nic starego nie mam, co chwilę piehdoli mi się twardy dysk.
Używałam henny ZARQA z all. Jako, że jestem w temacie kompletnym świeżakiem nie napiszę jej recenzji dopóki nie spróbuję osławionej Khadi; zamierzam niedługo się wykosztować, choć z bólem serca.
Farbowałam średnio co 2,5 miesiąca, głownie ze względu na odrosty. Przed operacją sytuacja wyglądała następująco:
Czyli widać już przebijający blond (dziwne, przed henną miałam ma włosach coś w klimacie wiśniowym) i moje bure, obrzydliwe odruny.
Reszta włosów też szału nie robiła:
Choć oczywiście patrząc na siebie codziennie nie zwróciłam uwagi na wypłukany kolor.
Utleniałam hennę 10 godzin, trzymałam na głowie kolejne trzy. Po 10 dniach hennowe błocko chyba wreszcie mi się zmyło na dobre, więc mogę uznać proces za zakończony. Wyszło następująco:
Czyli moim skromnym zdaniem bez rewelacji. Kolor owszem, odświeżony, odrosty przyrudzone (wiadomo, że henna nie wyrówna koloru między kawałkiem włosa zdrowym a zniszczonym farbami) - czego oczywiście nie udało mi się ująć na fotce; nie mam pojęcia jak udało mi się zrobić to pierwsze zdjęcie, chyba w myśl zasady, że głupi ma zawsze szczęście ;)
Następnym krokiem będzie Khadi czerwona, jednak chciałabym uzyskać czuprynę bardziej ognistą.
Całą siłą woli wzbraniam się przed farbowaniem chemicznym bo korci mnie strasznie... No, zobaczymy.
Pozdrawiam :)
PS: Kuźwa, jak zwykle zapomniałam się oznakować :| dobra, ten raz sobie daruję; w sumie niech se to nawet idzie w świat jak kogoś interesuje. Najważniejsze to oznakowanie kittenków ;p
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























