sobota, 14 lipca 2018

Przeterminowana nowość - "Przeznaczeni'.

Być może zabieram się do pisania ostatnia, chociaż kupiłam jak tylko wpadła mi w oczy (czyli pewnie miesiąc po premierze ;)).

Ale to dobrze.

Przymierzałam się już raz do czytania, ale urwałam w 1/3, nie podchodziła mi.
Kiedy wzięłam się za nią po tych kilku miesiącach, zastanawiałam się co mi w niej,
kierwa, nie pasowało?? Poleciałam po stronach aż miło.

Myślę, że do niektórych książek można, a nawet trzeba dorosnąć i ta jest jedną z nich.

TYTUŁ: Przeznaczeni,
AUTOR: Katarzyna Grochola,
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Literackie,
STRONY: 544,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 12,3 x 19,7 cm,
GATUNEK: Powieść obyczajowa,
CENA: 39,90 zł.




Uważam projekt okładki za dość prosty, ale bardzo mi się podoba. Teraz, po lekturze, uważam że pasuje do treści. No i w czasie popremierowym stał na półce zapewne wśród wszechobecnej czerni, więc tym bardziej się wyróżniał.



Opis z tyłu...
Uważam, że jest bardziej mistyczny niż całokształt. Dla mnie na plus; jak już zapewne 
się domyśleliście, nie lubię takich ezoterycznych pierdoletów.
Ale nie pasuje mi to "Nigdy nie wiadomo, kiedy się widzi kogoś po raz pierwszy..." -
- tzn. domyślam się, że chodzi właśnie o tę przekorę losu, która zajmuje zaszczytne miejsce w powieści, ale oczywiście mój chłopski umysł wtrąca "no chyba wiem
czy już kogoś widziałem, nie?"

Dobrze jest czasem odpocząć od chłopskiego myślenia.

Druk.

Taki do wciągnięcia. Nie za duży, nie za mały, nie za gęsty, nie za rzadki. 
Czytało mi się super nawet leżąc na brzuchu - a raczej smażąc się - na leżaku i trzymając książkę na ziemi. To dla mnie duży wyczyn, bo noszę oksy i nie widzę zbyt dobrze z daleka.



Poza tym uważam ją za dobrze wykonaną - była w moich rękach więcej razy niż średnia przewiduje, a grzbiet wygiął się... zwyczajnie. Choć i tak doprowadza mnie to do szewskiej pasji ;)


Za to teraz pięknie się rozkłada, ułatwiając czytanie - co widać na zdjęciu tekstu. 
Nie musiałam trzymać kartek.


Treść.

Przede wszystkim - ZASKAKUJĄCA. Naprawdę, zakończenie zaserwowało mi klasycznego mindfucka, facepalma czy jak to tam zwać. Musiałam chwilę pomyśleć, żeby ogarnąć zwrot akcji ;)

Bohaterowie...

Pani Grochola ma słabość do rudych ;p
Osobiście nie znoszę wszelkich znamion i przebarwień na skórze, więc wyobrażenie sobie piegusa jako piękności wymaga ode mnie trochę wysiłku. Tutaj Autorka nie pomaga, ponieważ ta jedna z głównych bohaterek (nie jestem pewna, czy ona taka najgłówniejsza...) jest dodatkowo typem człowieka, któremu z chęcią dałabym w łeb.
Skrzywdzone dziecko, z którym trzeba się obchodzić jak z jajkiem bo coś i bo kiedyś i nigdy nie wiadomo kiedy walnie focha na bogu ducha winnych ludzi.

Kurwa każdy ma jakąś przeszłość.

Niemniej realizmu postaciom w tej powieści odmówić nie można.

MOŻE trochę, odrobinkę! Zbyt optymistyczna jest Pani Autor w ich kreśleniu - to nie pierwsza jej moja książka i tak często ci ludzie są tacy... sympatyczni. Empatyczni. Myślący. Zabawni.
Nie spotkałam jeszcze nigdzie takiego zagęszczenia fajnych osób ;)

Trochę smutno się to czyta, jeśli nie masz albo masz jak na lekarstwo podobnych, 
ale realnych znajomych.

Co do mistycyzmu... Uważam go za taki życiowy, na poziomie, na którym wielu z nas stawia pytania egzystencjalne. Nie przeszkadzał mi za szczególnie.
Ostatecznie ja też czasem dyskutuję nad tym kim jesteśmy, dokąd zmierzamy... -
- i czy w ogóle mamy na to wpływ.

Nie będę pisała o bohaterach, ich konotacjach... to nie jest dla mnie ważne. Ważne są dla mnie wrażenia i odbiór, a te są bardzo fajne i bardzo ciepły.

Co tu dużo gadać - jak dla mnie kolejna, dobra lektura tej pisarki.
Czy "absolutny majstersztyk"? Absolutny - nie, majstersztyk jak najbardziej
Żółtodziób by tak nie opisał!
Z czystym sumieniem polecam.

CZAS CZYTANIA: 1,5 dnia.
MOJA OCENA: 8/ 10.

środa, 4 lipca 2018

"Ali Deals" - stroje kąpielowe.

O samych książkach smutno by mi było pisać, muszę coś od siebie!

Postanowiłam więc, że wskoczą tu również niesamowite okazje i fantastyczne przedmioty z Ali Express, których jakość wciąż pozostaje dla wielu wątpliwa,
a zamawiam tego całkiem sporo.

Na pierwszy ogień - stroje kąpielowe.

Dwa,
"gdyby jeden był za mały",
"za brzydki",
"gdyby nie przyszedł"
i tak dalej.

Jak na zamówienia z Chin tanie nie były - 10 i 13 euro,
spodziewałam się więc przyzwoitej jakości.

Jak było?

Materiał oba mają fajny, solidny, standardowy kąpielowy.



Pod spodem są wykończone siateczką - raz o większych, raz odrobinę mniejszych oczkach.



Oraz mają poduszeczki w staniku. Raz - wyciągable a raz nie; bardziej praktyczna wydaje mi się opcja z tymi na stałe - nic się nie przesuwa i nie trzeba ich układać ale zobaczymy jak z trwałością. Nie mam pojęcia z czego są wykonane, jest to dosyć sztywny materiał.

 


Miałam już okazję ich użyć w jeziorze i chlorowanej wodzie i po kilku praniach nie straciły nic z koloru.

Aukcje wybrałam dobrze opisane, tj. z tabelkami rozmiarów.
Kolorowiasty pasuje świetnie, czarno - biały jest troszeczkę ciasny ale da się nosić.
Do pełnej wygody zabrakło może z centymetra - uważam to za wynik nadal zgodny
z rozpiską.

Pasek z pleców w kolorowym jest odpinany - niby praktyczne, ale w praniu namiętnie się wyczepia i fruwa gdzieś po pralce, trochę irytujące, sugerujące pranie w biustonoszowym woreczku.

Pomijając to, uważam, że na ciele wyglądają szałownie i z czystym sumieniem polecam :)




Nie daję linka do aukcji, bo znalazłam po jednej dla każdego ze strojów.


środa, 27 czerwca 2018

Magia i emocje... "Ziemia Kobiet".

Długo się zbierałam żeby do tego siąść.
Ale obiecałam sobie, że dopiero jak się uzewnętrznię w tym temacie, pozwolę sobie sięgnąć po kolejny tytuł.
No to się uzewnętrzniam.

TYTUŁ: Ziemia Kobiet,
AUTOR: Sandra Barneda,
WYDAWNICTWO: Muza,
STRONY: 480,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 17,3 x 11 cm,
GATUNEK: Fikcja
CENA: 9,99 zł.


O ile dobrze pamiętam, książka zaciekawiła mnie swoją okładką. Wygląda dosyć... kiczowato?
Ale i przyjemnie. W sam raz na wakacje, ile można babrać się w morderstwach.

Opis z tyłu i niska cena przechyliły szalę; muszę spróbować różnych czytadeł!


Druk.

No nieduży. Nie powiem, żeby mi to jakoś bardzo przeszkadzało ale odczułam, że jest odrobinę drobniejszy niż w poprzednio pochłanianych. Sama książka jednak też
za szczególnie duża nie jest, więc wszystko spójne.
Nie czyta się tego wygodnie...
Zresztą, widać na zdjęciu że musiałam położyć łapę na środku i dosyć przytrzymać, żeby mi strony nie uciekały.
Uważam taki rozmiar przy takiej objętości za niezbyt celny strzał.


Poza tym - nie wychwyciłam żadnych błędów (np. literówek).


Treść.

Kobieta opisuje historię kobiet.
Szkoda, że wcześniej nie połapałam się, czym to pachnie - och, emocje, och, magia, och, nie mam za grosz zdrowego rozsądku więc zdam się na intuicję, och, sygnały, och, przeznaczenie!

Borze, co za pierdololo.

Jestem na to zbyt stara, zbyt zgorzkniała, zbyt mądra - albo zbyt głupia - w każdym razie ZBYT.
Jak dla mnie kompletny przerost formy nad treścią; dużo opisów, które w założeniu...
nie wiem jakie miały być, bo chyba nie plastyczne?
Akcja ciągnie się przez prawie 500 stron a ja nie poczułam sympatii do żadnego bohatera, nawet przy końcu musiałam przystawać przy imionach głównych bohaterek (!) żeby skumać, która jest którą.

A, przepraszam, kreacja młodszej córki głównej bohaterki mnie nie irytowała - takie normalne, fajne dziecko.
Poza tym - matka głupia cipa bez własnego zdania, która dała się napompować pustymi frazesami o wyższych sferach, standardach zachowań, standardach życia. Jednocześnie oczywiście wydaje jej się, że jest chuj wie kim; absolutnie nie potrafi bądź nie chce zastanowić się nad sobą.

Jej nastoletnia córka - jak to nastolatki, wieczny foch, pretensje i kuszenie do piątaka
na twarzy, a przynajmniej na dupie.
Jak widzę/ czytam/ oglądam w TV takich ludzi to jestem przekonana, że prałabym takiego dzieciaka i patrzyła czy równo puchnie ;)
Zawsze się zastanawiam czy też taka byłam.

Ciekawa jestem również, czy w ty Hameryce to une wszyskie podobne.

Ja wiem, że powieść, że fikcja, ale wydaje mi się, że Autorka mogła brać podwaliny postaci z otoczenia; zresztą nie byłoby to też szczególnie szokujące.

W tej mieszaninie magii, znaków, przyrody i emocji komuś chyba zabrakło zdrowego rozsądku; parę razy wychwyciłam oksymorony, które nie wyglądały mi na zamierzone (oczywiście ich nie zaznaczyłam, geniusz).

Pokażę za to kawałek tego, co dla mnie strawne:

Jak za sprawą magicznej sztuczki tych dwoje wpadło na siebie w drzwiach restauracji. Sprawiali wrażenie, jakby zamienili się rolami; Amat przypominał wyglądem chłopaka z miasta, a ona dziewczynę ze wsi. Od czasu ślubu brata Amat nigdy nie miał do czynienia z krawatem, tego dnia jednak postanowił go założyć, ale węzeł wyszedł mu niezdarnie.
Gala z kolei wyciągnęła dżinsy, koszulę w kratę i kowbojki - doskonały zestaw dla teksańskiej poganiaczki bydła. Oboje popatrzyli na siebie w milczeniu i nie mogli powstrzymać uśmiechu. Amat otworzył drzwi, Gala weszła bez słowa, walcząc z pokusą, żeby poprawić mu krawat.

I tego, co nie:

Przeznaczenie igrało z każdym z nich: Gala musiała zebrać siły przed powrotem do domu i rozmową z Frederickiem, jakiej nigdy wcześniej nie przeprowadzili; Adele odzyskać je, żeby pozostać z Markiem; Kate nacieszyć się tym "przeklętym miejscem"; a Amat zasypać piaskiem ogień, który podsycała Gala. Prawa natury są bardziej złożone, niż się wydaje, i wystawiają na próbę tych, którzy podnoszą przecie nim bunt, którzy ich nie przestrzegają albo je ignorują.
Pozostaje tylko usiąść i zaczekać na bieg wydarzeń...
Czyżby Czerwona była tak potężna, że mogła pokonać przeznaczenie? 

No dejta spokój.
Niby rozumiem Autorkę - uważam, że próbuje zachęcić czytelnika do pochylania się nad zwykłymi sprawami i czerpania z nich radości; forma jednak nie dla mnie.

Dodatkowo wkurwia mnie to pierdolamento o sile kobiet, jakichś mocach miłości
i oddania, gdy się jednocześnie pokazuje ich zniewolenie pod szyldem TRADYCJA, gdzie nie ma miejsca na pójście pod prąd a życie po swojemu jest piętnowane (to akurat uniwersalny schemat).

Podsumowując, kupa sprzeczności, która mnie w tym przypadku męczy.
Cieszę się, że mam już to za sobą. Nie będę tęsknić.
To książka, której treść zapomniałam zaraz po zamknięciu.

CZAS CZYTANIA: 1,5 pełnego dnia.
MOJA OCENA: 4,5/ 10.

No.
Sięgam po kolejne, czego nie przetrawiłam za pierwszym podejściem.


niedziela, 19 marca 2017

Tylko martwi nie kłamią.

Otóż i wpada na tapetę druga pozycja z cyklu o najlepszym polskim profilerze.

Pierwsza książka z serii nie ujęła mnie jakoś szczególnie, ale bohaterka dzisiejszego wpisu...
Nie ujęła mnie jeszcze bardziej.
Zwykle czytam książki i recenzuję pojedynczo, żeby nie mieszać sobie wniosków nową akcją i bohaterami, jednak tym razem zwyczajnie mi się nie chciało tego robić
i jestem już po lekturze całej serii.
Uważam, że wyszło to na dobre, ponieważ mam porównanie.
I niekłamiących umarłych uważam za najsłabszych z trójki.

TYTUŁ: Tylko martwi nie kłamią,
AUTOR: Katarzyna Bonda,
WYDAWNICTWO: MUZA,
STRONY: 608,
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami,
FORMAT: 13 x 20,5 cm,
GATUNEK: Kryminał, sensacja,
CENA: 22 zł bez kilku groszy.




Okładka nawiązująca do poprzedniej; wraz z tytułem sugerują gatunek literacki 
i to by było na tyle w kwestii wrażeń. Żadnej spektakularnej akcji z klamką w tle w treści nie ma ;)

Opis z tyłu tym razem zyskał przecinek, choć moim zdaniem jest to raczej nurt 
przecinki w, dziwnych miej,scach.
No, w każdym razie akcje łączące zdarzenia z przeszłości lubię, więc zaciekawiona 
się poczułam.



Druk.

O czcionce nie ma się co rozpisywać, jest taka sama. W końcu to seria.
Błędów czy tam raczej dziwnych sformułowań już nie pamiętam.
Widać musiało nie być tak tragicznie.



Treść.

I tutaj mogę trochę ulać hejtu - bo kropla musi się trafić. Po pierwsze, byłam ciekawa
czy dowiem się, o co chodziło z tą Niną Frank. I rzeczywiście, jest wzmianka, która traktuje o... filmie! Znaczy co, poprzednia część była opisem akcji filmu czy ki chuj? No przecież Meyer budował na tym swoją popularność, więc... nadal nie rozumiem.
Nawet, jeśli grałby w filmie opartym na prawdziwym swoim śledztwie, po mojemu
nie tłumaczy to nadal sensu ostatniego rozdziału "Niny".

Dalej, pamiętam, że na początku miałam problemy z wczuciem się w nowych bohaterów. Wydali mi się płytcy i wymuszeni, jednak z czasem zostałam pozytywnie zaskoczona. Autorka wykreowała zupełnie inne postaci, o innych cechach. Za to konsekwentnie trzymała się rysu charakteru Huberta.
Na co zwróciłam uwagę - pani seksowna prokurator na 70 stronie ma włosy miedziane, zaś na jakiejś 150 - brązowe czy tam ciemnoblond. Niby to baba, mogła się przefarbować (co zresztą czyni w dalszej części opowieści), jednak postrzegam to jako niedopatrzenie.

Akcja toczy się w Katowicach, które bardzo lubię. Po lekturze patrzyłam na Google Earth na kamienicę, wokół której kręci się akcja. Ciekawe uczucie! :) wyobrażałam sobie,
gdzie były opisywane mieszkania.

Całą treść uważam znów za poprawną, jednak znów niektóre wątki nie są jak dla mnie dostatecznie wyjaśnione. Wiadomo, pod koniec książki wyłażą po kolei skrywane tajemnice i kłamstwa, jednak ja się gubię w tym kto był czyim ojcem, bratem, wujkiem
i kochankiem. Zresztą, nawet w prawdziwym życiu kiedy ktoś opowiada mi o swojej siostrze stryjecznej mam wrażenie, że mówi po chińsku - mimo, że za każdym razem tłumaczy mi te konotacje.

Trafiła się też i sztampa - policjanci wyśmiewają wspólnie ekscentryczny wóz zaparkowany przed komendą, po czym po dwóch stronach okazuje się, że jest on przeznaczony
dla Meyera. No kierwa nie wpadłabym na to szczególnie, że jako jedyny w towarzystwie był bez fury i miał ją pożyczyć.

Dodatkowo nie mam pojęcia, na jakiej postawie Meyer tworzy takie zajebiste profile.

Ciągle czytam, że nie wie, nie ma danych, za mało danych, za mało czasu i w noc przed złożeniem profilu siedzi i bazgrze go na szybkości na podstawie tego co ma, a później nagle okazuje się, że jest tak pewny swego i jak zwykle był bezbłędny.
Dziwne.



Czy polecam?
Chyba tak, całkiem to lekko leci. Aż zbyt lekko, bez żalu odłożyłam książkę w połowie
na tydzień i dokończyłam tylko dlatego, że chciałam się wziąć za następną ;)
Myślę, że jak ktoś nie jest wielkim fanem gatunku, bardziej się wczuje w akcję.


CZAS CZYTANIA: 4 popołudnia.
MOJA OCENA: 7,5/ 10.


Dziękuję za uwagę.

niedziela, 12 marca 2017

Sprawa Niny Frank.

Wpadła mi w oko, ponieważ stała na regale wraz z siostrami
("Tylko martwi nie kłamią", "Florystka"). Spora biała wyspa wśród ciemnych, mrocznych okładek kryminałów i thrillerów.
Muszę przyznać, że to też ciekawy zabieg - jakby nie było, przyciąga wzrok, czyli ode mnie plus 5 punktów dla pani Katarzyny.
Wspomnę jeszcze, że Autorka ma bardzo fajne nazwisko. Niczym dziewczyna Bonda ;)
Kojarzy się z akcją, sensacją i rzeszą fanów :)

Najbardziej spodobał mi się tytuł "Tylko martwi nie kłamią", jednak dojrzałam,
że jest to seria - wypadałoby więc zacząć czytać od początku. I tak na próbę Nina powędrowała do koszyka.

TYTUŁ: Sprawa Niny Frank
AUTOR: Katarzyna Bonda
WYDAWNICTWO: MUZA
STRONY: 416
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami
FORMAT: 13 x 20,5 cm
GATUNEK: Kryminał, sensacja (te dane biorę z opisów księgarń)
CENA: 22 zł bez kilku groszy.




Pomijając wrażenie na półce, sama okładka wzbudza we mnie uczucia zupełnie nijakie. Zastanawiałam się, czemu akurat okulary - po lekturze i przerwie na zebranie myśli nadal nie mam pomysłu.

Opis z tyłu również mnie nie ruszył. Nie ma co kryć, wzięłam ją tylko z przyzwoitości,
z jaką traktuję serie.
I ten "Hubert Meyer utalentowany profiler z Katowic."
Przecież to zdanie aż woła o przecinek!




Skrzydełka po rozłożeniu mają takie same plamki jak i na zewnątrz. 
Doprowadza mnie to do szału, wyglądają, jakby ktoś mymlał je tłustymi paluchami.


Druk.

A w porządku. Nie męczy oczu, leci się z tekstem nawet przy zdechłym oświetleniu, 
przy jakim czytam.
Krótkie rozdziały wg mnie są jedną ze składowych niemęczącej formy powieści. 
No i są praktyczne.
Wbrew wrażeniu, jakie można odnieść sugerując się zdjęciem, druk nie przebija na druga stronę kartek. 
Literówek itd. nie wyłapałam, za to znalazłam kilka (chyba 3) sformułowań, 
które mnie zdziwiły, jak na przykład "patrzeć spod oka".
Do tej pory słyszałam tylko o "patrzeniu spod byka"; poirytowało mnie to. 
Zrobiłam małe śledztwo "we internetach" i nadal nie wiem. Patrzenie "spod oka" 
jest wyjaśniane na stronach PWN jako wrogie, "Spod byka" również. Jednak, kiedy wpisałam tego nieszczęsnego byka, jako synonimy pokazało się tylko "patrzenie bykiem" czy "patrzenie wilkiem", a tamto już nie. 
I o co chodzi tu?
Nie będę grzebać do rana, zostaję przy osłuchanym byku.




Zamazałam smaczki, które mogłyby cokolwiek ujawnić; denerwujta się ;)


Treść.

I tutaj najmniej przyjemna część, bo nie będzie takich zachwytów jak ostatnio. Niby dzieje się więcej i nie powiem, żeby było to opisane nudno, ale... no, nie ma tu tego "czegoś"
co nie pozwala Ci nawet pomyśleć o odłożeniu książki. W trakcie czytania wychodziłam 
do łazienki, na papierosa, pojechałam do sklepu.
Oraz cały czas miałam w głowie poprzedni tytuł.

Denerwuje mnie, że Autorka w odniesieniu do pana śledczego używa tylko dwóch synonimów - "Meyer" i "profiler".
To drugie jest w moim przypadku o tyle nieszczęśliwe, że ciągle czytam je jak "prolifer", 
a to kojarzy mi się zdecydowanie w dzisiejszych czasach wkurwiająco!

Akcja jest przeplatana retrospekcjami - wspomnieniami naszej gwiazdy, które powoli pozwalają poskładać nam puzzle do kupy. Lubię ten zabieg. Dodatkowo, na początku rzadko, a w drugiej połowie książki już bardzo często, 
Autorka spaja treść dalekich od siebie wydarzeń, kończąc jeden a zaczynąjąc kolejny rozdział prawie, lub tymi samymi słowami (przykład na powyższym zdjęciu). 
Urzekło mnie to, bardzo wciągające, mistyczne?

Ezoteryka w ogóle zajmuję trochę miejsca w tym świecie. Runy, w które wierzyła Nina. Spotkanie Meyera z wróżbitami. Maksymy, zaczynające każdy rozdział. Maksymy to jest coś, co moim zdaniem robi robotę (nadaje klimat), jednak rzekome mistyczne przeżycie psychologa jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Mam wrażenie, że wątek został niedokończony - albo jestem na niego za głupia.

Mimo tych kilku niedogodności, zapamiętale pochłaniałam kolejne kartki, choć tylko 
przez kilka chwil byłam w akcję naprawdę wciągnięta. Za to otoczenie, ludzi i przedmioty wyobrażałam sobie niemal bez świadomego udziału. Jednak koniec końców, kiedy przy 385 stronie chłopak zaprosił mnie na papierocha cieszyłam się, że za 15 minut skończę.

Kompletną pomyłką są dla mnie dwa ostatnie rozdziały. Po finiszu czułam się zwyczajnie rozczarowana i sfrustrowana. Miałam nadzieję, że coś wyjaśni się w kolejnych tomach, jednak po wyguglowaniu opinii innych czytających przygasła ona znacznie.
Poza tym i tymi kilkoma w trakcie, jakieś szczególne emocje mną nie targały, 
ot - kupić, przeczytać, zapomnieć.

Niemniej sama nie mam ani grama talentu do napisania czegoś choćby podobnego! 
Dlatego doceniam i bardzo się cieszę, że nasze polskie kobitki piszą, wydają i osiągają sukcesy. Nawet, jeżeli mnie samej nie do końca się to podoba.

Ok.
 Swoje rzekłam, zajęło mi to sporo czasu. Nanosiłam mnóstwo poprawek, przemieszczałam zdania. Tak jak się tę książkę czytało, tak też się ją recenzuje - 
- bez większej weny.
Czuję ulgę, że za kilka zdań będę mogła zacząć drugą część z czystą głową - 
- i to będzie ta właśnie część, na którą czekałam!

Czy polecam? A nie wiem, kuźwa. Za 22 peeleny sami się możecie przekonać. 
No gniot to to nie jest na pewno, zaręczam!

Internetowi uważają kolejne książki za lepsze. Zobaczmy :)



CZAS CZYTANIA: 1 popoludnie.
MOJA OCENA: 8/10. Niestety.


Nara!

niedziela, 26 lutego 2017

Pani idealna.

Nadal jestem wierna swojemu sposobowi kupowania książek - rzut oka na tytuł, jeżeli mnie zaciekawi - rzut oka na opis z tyłu, jeżeli mnie zaciekawi - bierę.

Od jakiegoś czasu widzę trend na promocje książek - łypią do nas spomiędzy ogórków 
w Bezdomce i środków do prania w Kaufie. Jak dotąd z odwiedzanych przeze mnie dyskontów tylko Lidl opiera się tej modzie, do Carrefoura nie chadzam (ale jak kiedyś zabłądziłam, to też dział książkowy i obniżone ceny znalazłam).
Tak więc zawsze z ochotą towarzyszę rodzinie w wypadach "po chleb" i też prawie zawsze coś dla siebie upoluję. Nie inaczej było z "Idealną".

Przyciągnął mnie sam tytuł, wydał mi się intrygujący. Zatrzymała na dłuższą chwilę mroczna okładka, opis zawiera kilka zdań, a i tak coś zaskoczyło. I to porządnie, 
bo wobec znoszenia ostatnimi czasy książek po dychu, 25 złotych to całkiem przyzwoity jak na powieść wydatek.


TYTUŁ: Idealna
AUTOR: Magda Stachula
WYDAWNICTWO: Znak
STRONY: 336
OPRAWA: Miękka
FORMAT: 14,4 x 20,5 cm.
GATUNEK: Thriller psychologiczny.






Podczas wczorajszej wizyty w Auchan widziałam ją za 32 złote. Jestem zwycięzcą!

Druk.

W tym przypadku cena idzie w parze z jakością (treści również, ale o tym później). 
Nie wychwyciłam ani jednej literówki, znaki przestankowe logicznie umiejscowione.
Opowieść tworzą wypowiedzi kilku stron - bywa tam malutko dialogów, 
jednak nie jest to ani trochę męczące - tekst ma idealną jak dla mnie wielkość, 
sam włazi do oczu.



Treść.

Zacznijmy od tego, że dopiero, kiedy robiłam zdjęcie do bloga, zauważyłam polecenie fanom "Dziewczyny z pociągu". Nie czytałam jeszcze, choć mam. Nie chce mi się wyciągać z dna zapakowanej na kolejny wyjazd do pracy torby.
W każdym razie, jeżeli "Dziewczyna z pociągu" jest podobnie dobra, to jestem podwójnym zwycięzcą.

Wracając do rzeczy: Podoba mi się, że wreszcie wchodzimy w jakiś inny etap relacji bohaterów, tzn. już zawarte małżeństwo. Dopiero czytając uświadomiłam sobie, że rzygać mi się powoli zachciewa tak maglowanymi przez twórców schematami o poznaniu 
i rodzącym się uczuciu między dwojgiem osób.
Para głównych bohaterów, Adam i Anita, denerwuje mnie przez pół książki. Jako czytelnik mamy wgląd w myśli i podejście każdego z nich i naprawdę frustrująca jest niemożność zmiany toku treści i konieczność oczekiwania, aż sami dojdą, co robią źle. No właśnie - czytając czułam się, jakbym podglądała czyjeś życie. Udzielał mi się nerwowy nastrój ich małżeństwa, kilka razy w tak zwanym międzyczasie podeszłam do swojego chłopaka okazać mu kapkę czułości. Nie wiem, na zaś? Żeby nas też taki pat nie spotkał? 
Chłop oczywiście nie docenił ;)

Kiedy w połowie książki zaproszono mnie do gry w Monopoly poczułam się, 
jakby chcieli zrobić mi na złość. No luudzie, tutaj takie emocje się dzieją, a Wy mi trujecie przyziemnymi pierdołami???
Ale koniec końców poszłam, stwierdziłam, że chyba za mocno się wczułam
i przerwa mi się przyda.

Co tu dużo gadać, to jest po prostu ZAJEBISTE. Przemyślane i dopracowane, bohaterowie tak wykreowani, że znam mnóstwo takich typów osób w realnym życiu, nieidealizowani. Opisy bez rozwlekania, interesujące i plastyczne. Akcja tak płynąca, że mimo, że pół książki było głównie o Adamie i Anicie, rzeczywiście nie mogłam się oderwać. 
Po połowie tempo i zdarzenia tylko przyspieszają...
Po grze oczywiście wróciłam czytać dalej. Zeżarłam tę pozycję w jeden wieczór!
Na końcu, kiedy już mamy chwilę na oddech, jedno zdanie sprawiło, 
że przebiegł mi po plecach dreszcz.
Mam wrażenie, że książka ma świetną bazę do kontynuacji; byłabym potrójnym zwycięzcą, gdyby Autorka zdecydowała się na to.

Po lekturze pozwoliłam sobie przespać się z oceną i na drugi dzień jest podobna: 
po trzykroć polecam! Ale znów - jak dla mnie na wieczory z herbatą, a nie do autobusu.


CZAS CZYTANIA: 1 popołudnie.
MOJA OCENA: 9,5/ 10. Zostawiam sobie margines ruchu na wypadek, gdyby coś wciągnęło mnie jeszcze bardziej.


Do zoba!