niedziela, 29 lipca 2018

Czysty zachwyt - "Pan Mercedes".

A chyba ze trzeci dzień się zbieram do pisania.
Nie ma stresu, wrażeń na pewno tak zaraz nie zapomnę :)
Zwykle staram się jak najszybciej napisać, żeby móc zacząć coś następnego,
ale teraz wcale mi się nie chce.

Dla pokolenia tl;dr - to jest po prostu ZAJEBISTE. Fantastyczne. Celne, cyniczne, sarkastyczne, ironiczne, obrzydliwe i wciągające niczym prąd strugowy.


TYTUŁ: Pan Mercedes,
AUTOR: Stephen King,
WYDAWNICTWO: Albatros,
STRONY: 576,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 20,6 x 14,5 cm,
GATUNEK: Powieść detektywistyczna,
CENA: 14,99 zł.



Gdzie można dostać Kinga za 15 ziko? Oczywiście w dupnych koszach w markecie :)
I pewnie dlatego też mam tylko jedną część serii. Widziałam, że to pierwsza to wzięłam, mówię spodoba mi się to dokupię resztę.
(A teraz chuj mnie strzela, bo najchętniej obudziłabym się jutro i żeby już BYŁY).

Dodatkowo, jak zobaczyłam, że to debiut Kinga w innym gatunku - zajrzę 
z tym większą przyjemnością!



Opis oczywiście też tylko utrzymał mnie w tej decyzji.
Ja wiem, że buduje napięcie jak to zwykle w tego typu książkach, ale nie jest to moje pierwsze spotkanie z tym Autorem - przecież z nim nigdy nie wiadomo, 
czy będzie happy end :p


Druk.

Kurwa, znowu kupiłam taką miniksiążeczkę, jak to się źle czyta... nieporęczne okrutnie, szczególnie jak takie opasłe. 

No ale poza tym to spoko, druk wydał mi się trochę drobniejszy niż "standardowy" 
(czyli spotykany przeze mnie najczęściej). I dobrze, więcej treści wejdzie. Nie rozumiem sensu tracenia miejsca na przesadne marginesy.


Tutaj już na szczęście gadulce, zmiany persektywy - lektura nie jest tak nużąca.
Oraz również jest podzielona na części/ "nadrozdziały"(?).
Poza tym King nadaje treści dynamiki i emocji również RÓŻNYMI sposobami edycji TEKSTU.
Bingo!


Treść.

Tego Pana Szanownego czytałam już "Lśnienie", "Cujo" i "Carrie"; nie podobała mi się tylko ta ostatnia - ale też byłam gówniarą wtedy, możliwe że jej nie zrozumiałam.
Po "Lśnieniu" jeszcze długo się bałam; wiem, że świat kręci się m. in. wokół kasy, 
ale śmiać mi się chce jak widzę ekranizację dla leniwych skurwysynów bez wyobraźni czegoś tak dobrego.
A "Cujo" po prostu się pamięta.

I teraz to...
Na pewno dokupię resztę cyklu, najnowszego "Outsidera" już mam. Na szczęście przy byle okazji ktoś na fejsie napisał mi, że nawiązuje do tej trylogii więc odkładam na koniec. 
... Myślałam, że uda mi się choć raz zrecenzować coś świeżego xD

Ale do rzeczy.
Uważam, że King naprawdę króluje na polu mrocznych opowieści.
To nie może być głupi facet, z tymi jego obserwacjami, zarysem bohaterów, biegiem akcji.
Jestem absolutnie zafascynowana.
Właściwie mogłabym powtórzyć tu słowa ze wstępu - bo uwielbiam takie zmyślnie wbijane szpile, ten ponury chichot losu w treści, tę swobodną narrację i niewybredne komentarze.

Co przychodzi mi teraz na myśl - to podobnie dawał czadu Jonas Jonasson w "Stulatku...".

Tutaj wiele razy rżałam na głos; równie wiele - jak nie więcej - uzewnętrzniałam się 
z niewybrednym "ja pierdolę!" po lekturze kolejnych wersów.

Choć obiektywnie patrząc zeżarłam ten tytuł bardzo szybko, to chyba nigdy nie robiłam tylu przerw bo zjadały mnie nerwy.
Nawet mnie to irytowało czasami, żem stara i nie mogę książki doczytać!

Nosz kierwa, leci fabuła, leci, a tu nagle JEB!
Młot na łeb i cześć, koniec rozdziału.
Cudowne :D

http://knowyourmeme.com/memes/that-s-the-evilest-thing-i-can-imagine

Krótko mówiąc, nie szkoda na to ani złotówki, to miód na serce, oczy i wyobraźnię, absolutnie inny wymiar od tych popierdółek, jakie tu czasem wstawiam.
Najlepsze, co miałam w rękach od wielu, wielu tygodni.

Kupować, parzyć herbę i czytać


CZAS CZYTANIA: 1 i 1/3 dnia.
MOJA OCENA: No kurczę 9,75/ 10. Za te przerwy!




sobota, 21 lipca 2018

"Dziewczęta i kobiety".

Nie mam pomysłu na rozwinięcie tytułu.
Ta książka jest... trochę inna. I nie wiem, jak długo już zalega na szafce.
Uważam, że sam tytuł jest intrygujący, musi wystarczyć.

TYTUŁ: Dziewczęta i kobiety,
AUTOR: Alice Munro,
WYDAWNICTWO: WAB,
STRONY: 348
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 11 x 17,5 cm,
GATUNEK: Powieść obyczajowa,
CENA: 7,99 zł.

Jak można się domyślić, nie pamiętam też historii jej nabycia.
Sądząc po cenie, chapnęłam ją hurtem w jakimś Kaufie czy innej Pierdonce;
sporo książek w ten sposób przytuliłam.



Okładka... jak dla mnie mroczna, zachęcająca czyli, plus ten napis o mocnej opowieści - chyba już wiem, czym się kierowałam przy wkładaniu do koszyka ;)

Opis z tyłu też mnie zaciekawił, brzmi niesztampowo.



Druk.

Dosyć mały i ciasny bo i wydanie kieszonkowe, ale nie miałam problemów z czytaniem.
Nie wyłapałam żadnego błędu.

Bardziej przerażała mnie objętość tekstu bez dialogów - znowu...



I obawiam się, że w ocenie nie będę całkiem obiektywna - to trzecia z rzędu pozycja w formie opowiadania. Chociaż lubię tak czytać, teraz jest to po prostu za dużo, zmęczonam.

Po drugie - czytałam już kiedyś coś podobnego!
"Dziennik radzieckiej uczennicy".
Też pisany z perspektywy głównej bohaterki, też opisywał jej lata szczenięce i wejście
w dorosłość, też miał poruszać a mnie nie poruszył. Ale nie uprzedzajmy faktów.


Treść.

Kunsztu Autorce odmówić nie można. Język może nie jest bardzo wyrafinowany
(bo i akcja toczy się parę lat wstecz i nie wśród wyższych sfer), ale spotkamy tu bardzo rozwinięte zdania, wielokrotnie złożone, a każde w nich słowo jest na swoim miejscu
i ma poprawną formę gramatyczną (tak, czytałam na wyrywki takie kawałki po kilka razy
i sprawdzałam, jak wyglądają bez wtrąceń :D).

Powieść podzielona jest na rozdziały? Części? Przyznaję, że robiłam sporo przerw podczas czytania bo bardzo się na tym skupiałam - nie chciałam przeoczyć czegoś, do czego być może Autorka nawiąże dalej tak, jak nawiązywała do przyszłości.

I owszem, przydało się to, choć nie w takim stopniu jakiego się spodziewałam.

Bohaterowie są wg mnie realistyczni; przyjmowałam ich tak jak się przyjmuje wygląd
i zachowanie ludzi, siedząc na knajpianym tarasie przy kawie i obserwując deptak.
Opisy plastyczne - potrafiłam jakoś umiejscowić wydarzenia w wyobraźni i dowolnie żonglować tymi wytworzonymi obrazami.

Trochę czytam, dlatego nie uważam "Dziewcząt..." za "mocną" i "poruszającą" powieść.
Również sposób postrzegania świata przez dziecko, potem nastolatkę i młodą kobietę
z tamtego okresu mnie nie zadziwił - jest mniej więcej taki, jakiego się spodziewałam.
Są pewne zachowania, marzenia i tendencje, które i od stu lat pozostają niezmienne.

Niemniej jeżeli kogoś ciekawi okres powojenny - uważam tę książkę za odpowiednią
do poznawania zwyczajów, obowiązków i rozrywek kobiet, jako podstawę do przemyśleń o tamtym świecie.

Bo tak - rzeczywiście jest ona napisana przez kobietę, o kobietach,
na szczęście nie w typowo kobiecy sposób ;) i wiernie oddaje ich świat.


CZAS CZYTANIA: 1 dzień (z małym hakiem).
MOJA OCENA: 7/10.

sobota, 14 lipca 2018

Przeterminowana nowość - "Przeznaczeni".

Być może zabieram się do pisania ostatnia, chociaż kupiłam jak tylko wpadła mi w oczy (czyli pewnie miesiąc po premierze ;)).

Ale to dobrze.

Przymierzałam się już raz do czytania, ale urwałam w 1/3, nie podchodziła mi.
Kiedy wzięłam się za nią po tych kilku miesiącach, zastanawiałam się co mi w niej,
kierwa, nie pasowało?? Poleciałam po stronach aż miło.

Myślę, że do niektórych książek można, a nawet trzeba dorosnąć i ta jest jedną z nich.

TYTUŁ: Przeznaczeni,
AUTOR: Katarzyna Grochola,
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Literackie,
STRONY: 544,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 12,3 x 19,7 cm,
GATUNEK: Powieść obyczajowa,
CENA: 39,90 zł.




Uważam projekt okładki za dość prosty, ale bardzo mi się podoba. Teraz, po lekturze, uważam że pasuje do treści. No i w czasie popremierowym stał na półce zapewne wśród wszechobecnej czerni, więc tym bardziej się wyróżniał.



Opis z tyłu...
Uważam, że jest bardziej mistyczny niż całokształt. Dla mnie na plus; jak już zapewne 
się domyśleliście, nie lubię takich ezoterycznych pierdoletów.
Ale nie pasuje mi to "Nigdy nie wiadomo, kiedy się widzi kogoś po raz pierwszy..." -
- tzn. domyślam się, że chodzi właśnie o tę przekorę losu, która zajmuje zaszczytne miejsce w powieści, ale oczywiście mój chłopski umysł wtrąca "no chyba wiem
czy już kogoś widziałem, nie?"

Dobrze jest czasem odpocząć od chłopskiego myślenia.

Druk.

Taki do wciągnięcia. Nie za duży, nie za mały, nie za gęsty, nie za rzadki. 
Czytało mi się super nawet leżąc na brzuchu - a raczej smażąc się - na leżaku i trzymając książkę na ziemi. To dla mnie duży wyczyn, bo noszę oksy i nie widzę zbyt dobrze z daleka.



Poza tym uważam ją za dobrze wykonaną - była w moich rękach więcej razy niż średnia przewiduje, a grzbiet wygiął się... zwyczajnie. Choć i tak doprowadza mnie to do szewskiej pasji ;)


Za to teraz pięknie się rozkłada, ułatwiając czytanie - co widać na zdjęciu tekstu. 
Nie musiałam trzymać kartek.


Treść.

Przede wszystkim - ZASKAKUJĄCA. Naprawdę, zakończenie zaserwowało mi klasycznego mindfucka, facepalma czy jak to tam zwać. Musiałam chwilę pomyśleć, żeby ogarnąć zwrot akcji ;)

Bohaterowie...

Pani Grochola ma słabość do rudych ;p
Osobiście nie znoszę wszelkich znamion i przebarwień na skórze, więc wyobrażenie sobie piegusa jako piękności wymaga ode mnie trochę wysiłku. Tutaj Autorka nie pomaga, ponieważ ta jedna z głównych bohaterek (nie jestem pewna, czy ona taka najgłówniejsza...) jest dodatkowo typem człowieka, któremu z chęcią dałabym w łeb.
Skrzywdzone dziecko, z którym trzeba się obchodzić jak z jajkiem bo coś i bo kiedyś i nigdy nie wiadomo kiedy walnie focha na bogu ducha winnych ludzi.

Kurwa każdy ma jakąś przeszłość.

Niemniej realizmu postaciom w tej powieści odmówić nie można.

MOŻE trochę, odrobinkę! Zbyt optymistyczna jest Pani Autor w ich kreśleniu - to nie pierwsza jej moja książka i tak często ci ludzie są tacy... sympatyczni. Empatyczni. Myślący. Zabawni.
Nie spotkałam jeszcze nigdzie takiego zagęszczenia fajnych osób ;)

Trochę smutno się to czyta, jeśli nie masz albo masz jak na lekarstwo podobnych, 
ale realnych znajomych.

Co do mistycyzmu... Uważam go za taki życiowy, na poziomie, na którym wielu z nas stawia pytania egzystencjalne. Nie przeszkadzał mi za szczególnie.
Ostatecznie ja też czasem dyskutuję nad tym kim jesteśmy, dokąd zmierzamy... -
- i czy w ogóle mamy na to wpływ.

Nie będę pisała o bohaterach, ich konotacjach... to nie jest dla mnie ważne. Ważne są dla mnie wrażenia i odbiór, a te są bardzo fajne i bardzo ciepły.

Co tu dużo gadać - jak dla mnie kolejna, dobra lektura tej pisarki.
Czy "absolutny majstersztyk"? Absolutny - nie, majstersztyk jak najbardziej
Żółtodziób by tak nie opisał!
Z czystym sumieniem polecam.

CZAS CZYTANIA: 1,5 dnia.
MOJA OCENA: 8/ 10.

środa, 4 lipca 2018

"Ali Deals" - stroje kąpielowe.

O samych książkach smutno by mi było pisać, muszę coś od siebie!

Postanowiłam więc, że wskoczą tu również niesamowite okazje i fantastyczne przedmioty z Ali Express, których jakość wciąż pozostaje dla wielu wątpliwa,
a zamawiam tego całkiem sporo.

Na pierwszy ogień - stroje kąpielowe.

Dwa,
"gdyby jeden był za mały",
"za brzydki",
"gdyby nie przyszedł"
i tak dalej.

Jak na zamówienia z Chin tanie nie były - 10 i 13 euro,
spodziewałam się więc przyzwoitej jakości.

Jak było?

Materiał oba mają fajny, solidny, standardowy kąpielowy.



Pod spodem są wykończone siateczką - raz o większych, raz odrobinę mniejszych oczkach.



Oraz mają poduszeczki w staniku. Raz - wyciągable a raz nie; bardziej praktyczna wydaje mi się opcja z tymi na stałe - nic się nie przesuwa i nie trzeba ich układać ale zobaczymy jak z trwałością. Nie mam pojęcia z czego są wykonane, jest to dosyć sztywny materiał.

 


Miałam już okazję ich użyć w jeziorze i chlorowanej wodzie i po kilku praniach nie straciły nic z koloru.

Aukcje wybrałam dobrze opisane, tj. z tabelkami rozmiarów.
Kolorowiasty pasuje świetnie, czarno - biały jest troszeczkę ciasny ale da się nosić.
Do pełnej wygody zabrakło może z centymetra - uważam to za wynik nadal zgodny
z rozpiską.

Pasek z pleców w kolorowym jest odpinany - niby praktyczne, ale w praniu namiętnie się wyczepia i fruwa gdzieś po pralce, trochę irytujące, sugerujące pranie w biustonoszowym woreczku.

Pomijając to, uważam, że na ciele wyglądają szałownie i z czystym sumieniem polecam :)




Nie daję linka do aukcji, bo znalazłam po jednej dla każdego ze strojów.


środa, 27 czerwca 2018

Magia i emocje... "Ziemia Kobiet".

Długo się zbierałam żeby do tego siąść.
Ale obiecałam sobie, że dopiero jak się uzewnętrznię w tym temacie, pozwolę sobie sięgnąć po kolejny tytuł.
No to się uzewnętrzniam.

TYTUŁ: Ziemia Kobiet,
AUTOR: Sandra Barneda,
WYDAWNICTWO: Muza,
STRONY: 480,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 17,3 x 11 cm,
GATUNEK: Fikcja
CENA: 9,99 zł.


O ile dobrze pamiętam, książka zaciekawiła mnie swoją okładką. Wygląda dosyć... kiczowato?
Ale i przyjemnie. W sam raz na wakacje, ile można babrać się w morderstwach.

Opis z tyłu i niska cena przechyliły szalę; muszę spróbować różnych czytadeł!


Druk.

No nieduży. Nie powiem, żeby mi to jakoś bardzo przeszkadzało ale odczułam, że jest odrobinę drobniejszy niż w poprzednio pochłanianych. Sama książka jednak też
za szczególnie duża nie jest, więc wszystko spójne.
Nie czyta się tego wygodnie...
Zresztą, widać na zdjęciu że musiałam położyć łapę na środku i dosyć przytrzymać, żeby mi strony nie uciekały.
Uważam taki rozmiar przy takiej objętości za niezbyt celny strzał.


Poza tym - nie wychwyciłam żadnych błędów (np. literówek).


Treść.

Kobieta opisuje historię kobiet.
Szkoda, że wcześniej nie połapałam się, czym to pachnie - och, emocje, och, magia, och, nie mam za grosz zdrowego rozsądku więc zdam się na intuicję, och, sygnały, och, przeznaczenie!

Borze, co za pierdololo.

Jestem na to zbyt stara, zbyt zgorzkniała, zbyt mądra - albo zbyt głupia - w każdym razie ZBYT.
Jak dla mnie kompletny przerost formy nad treścią; dużo opisów, które w założeniu...
nie wiem jakie miały być, bo chyba nie plastyczne?
Akcja ciągnie się przez prawie 500 stron a ja nie poczułam sympatii do żadnego bohatera, nawet przy końcu musiałam przystawać przy imionach głównych bohaterek (!) żeby skumać, która jest którą.

A, przepraszam, kreacja młodszej córki głównej bohaterki mnie nie irytowała - takie normalne, fajne dziecko.
Poza tym - matka głupia cipa bez własnego zdania, która dała się napompować pustymi frazesami o wyższych sferach, standardach zachowań, standardach życia. Jednocześnie oczywiście wydaje jej się, że jest chuj wie kim; absolutnie nie potrafi bądź nie chce zastanowić się nad sobą.

Jej nastoletnia córka - jak to nastolatki, wieczny foch, pretensje i kuszenie do piątaka
na twarzy, a przynajmniej na dupie.
Jak widzę/ czytam/ oglądam w TV takich ludzi to jestem przekonana, że prałabym takiego dzieciaka i patrzyła czy równo puchnie ;)
Zawsze się zastanawiam czy też taka byłam.

Ciekawa jestem również, czy w ty Hameryce to une wszyskie podobne.

Ja wiem, że powieść, że fikcja, ale wydaje mi się, że Autorka mogła brać podwaliny postaci z otoczenia; zresztą nie byłoby to też szczególnie szokujące.

W tej mieszaninie magii, znaków, przyrody i emocji komuś chyba zabrakło zdrowego rozsądku; parę razy wychwyciłam oksymorony, które nie wyglądały mi na zamierzone (oczywiście ich nie zaznaczyłam, geniusz).

Pokażę za to kawałek tego, co dla mnie strawne:

Jak za sprawą magicznej sztuczki tych dwoje wpadło na siebie w drzwiach restauracji. Sprawiali wrażenie, jakby zamienili się rolami; Amat przypominał wyglądem chłopaka z miasta, a ona dziewczynę ze wsi. Od czasu ślubu brata Amat nigdy nie miał do czynienia z krawatem, tego dnia jednak postanowił go założyć, ale węzeł wyszedł mu niezdarnie.
Gala z kolei wyciągnęła dżinsy, koszulę w kratę i kowbojki - doskonały zestaw dla teksańskiej poganiaczki bydła. Oboje popatrzyli na siebie w milczeniu i nie mogli powstrzymać uśmiechu. Amat otworzył drzwi, Gala weszła bez słowa, walcząc z pokusą, żeby poprawić mu krawat.

I tego, co nie:

Przeznaczenie igrało z każdym z nich: Gala musiała zebrać siły przed powrotem do domu i rozmową z Frederickiem, jakiej nigdy wcześniej nie przeprowadzili; Adele odzyskać je, żeby pozostać z Markiem; Kate nacieszyć się tym "przeklętym miejscem"; a Amat zasypać piaskiem ogień, który podsycała Gala. Prawa natury są bardziej złożone, niż się wydaje, i wystawiają na próbę tych, którzy podnoszą przecie nim bunt, którzy ich nie przestrzegają albo je ignorują.
Pozostaje tylko usiąść i zaczekać na bieg wydarzeń...
Czyżby Czerwona była tak potężna, że mogła pokonać przeznaczenie? 

No dejta spokój.
Niby rozumiem Autorkę - uważam, że próbuje zachęcić czytelnika do pochylania się nad zwykłymi sprawami i czerpania z nich radości; forma jednak nie dla mnie.

Dodatkowo wkurwia mnie to pierdolamento o sile kobiet, jakichś mocach miłości
i oddania, gdy się jednocześnie pokazuje ich zniewolenie pod szyldem TRADYCJA, gdzie nie ma miejsca na pójście pod prąd a życie po swojemu jest piętnowane (to akurat uniwersalny schemat).

Podsumowując, kupa sprzeczności, która mnie w tym przypadku męczy.
Cieszę się, że mam już to za sobą. Nie będę tęsknić.
To książka, której treść zapomniałam zaraz po zamknięciu.

CZAS CZYTANIA: 1,5 pełnego dnia.
MOJA OCENA: 4,5/ 10.

No.
Sięgam po kolejne, czego nie przetrawiłam za pierwszym podejściem.


niedziela, 19 marca 2017

Tylko martwi nie kłamią.

Otóż i wpada na tapetę druga pozycja z cyklu o najlepszym polskim profilerze.

Pierwsza książka z serii nie ujęła mnie jakoś szczególnie, ale bohaterka dzisiejszego wpisu...
Nie ujęła mnie jeszcze bardziej.
Zwykle czytam książki i recenzuję pojedynczo, żeby nie mieszać sobie wniosków nową akcją i bohaterami, jednak tym razem zwyczajnie mi się nie chciało tego robić
i jestem już po lekturze całej serii.
Uważam, że wyszło to na dobre, ponieważ mam porównanie.
I niekłamiących umarłych uważam za najsłabszych z trójki.

TYTUŁ: Tylko martwi nie kłamią,
AUTOR: Katarzyna Bonda,
WYDAWNICTWO: MUZA,
STRONY: 608,
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami,
FORMAT: 13 x 20,5 cm,
GATUNEK: Kryminał, sensacja,
CENA: 22 zł bez kilku groszy.




Okładka nawiązująca do poprzedniej; wraz z tytułem sugerują gatunek literacki 
i to by było na tyle w kwestii wrażeń. Żadnej spektakularnej akcji z klamką w tle w treści nie ma ;)

Opis z tyłu tym razem zyskał przecinek, choć moim zdaniem jest to raczej nurt 
przecinki w, dziwnych miej,scach.
No, w każdym razie akcje łączące zdarzenia z przeszłości lubię, więc zaciekawiona 
się poczułam.



Druk.

O czcionce nie ma się co rozpisywać, jest taka sama. W końcu to seria.
Błędów czy tam raczej dziwnych sformułowań już nie pamiętam.
Widać musiało nie być tak tragicznie.



Treść.

I tutaj mogę trochę ulać hejtu - bo kropla musi się trafić. Po pierwsze, byłam ciekawa
czy dowiem się, o co chodziło z tą Niną Frank. I rzeczywiście, jest wzmianka, która traktuje o... filmie! Znaczy co, poprzednia część była opisem akcji filmu czy ki chuj? No przecież Meyer budował na tym swoją popularność, więc... nadal nie rozumiem.
Nawet, jeśli grałby w filmie opartym na prawdziwym swoim śledztwie, po mojemu
nie tłumaczy to nadal sensu ostatniego rozdziału "Niny".

Dalej, pamiętam, że na początku miałam problemy z wczuciem się w nowych bohaterów. Wydali mi się płytcy i wymuszeni, jednak z czasem zostałam pozytywnie zaskoczona. Autorka wykreowała zupełnie inne postaci, o innych cechach. Za to konsekwentnie trzymała się rysu charakteru Huberta.
Na co zwróciłam uwagę - pani seksowna prokurator na 70 stronie ma włosy miedziane, zaś na jakiejś 150 - brązowe czy tam ciemnoblond. Niby to baba, mogła się przefarbować (co zresztą czyni w dalszej części opowieści), jednak postrzegam to jako niedopatrzenie.

Akcja toczy się w Katowicach, które bardzo lubię. Po lekturze patrzyłam na Google Earth na kamienicę, wokół której kręci się akcja. Ciekawe uczucie! :) wyobrażałam sobie,
gdzie były opisywane mieszkania.

Całą treść uważam znów za poprawną, jednak znów niektóre wątki nie są jak dla mnie dostatecznie wyjaśnione. Wiadomo, pod koniec książki wyłażą po kolei skrywane tajemnice i kłamstwa, jednak ja się gubię w tym kto był czyim ojcem, bratem, wujkiem
i kochankiem. Zresztą, nawet w prawdziwym życiu kiedy ktoś opowiada mi o swojej siostrze stryjecznej mam wrażenie, że mówi po chińsku - mimo, że za każdym razem tłumaczy mi te konotacje.

Trafiła się też i sztampa - policjanci wyśmiewają wspólnie ekscentryczny wóz zaparkowany przed komendą, po czym po dwóch stronach okazuje się, że jest on przeznaczony
dla Meyera. No kierwa nie wpadłabym na to szczególnie, że jako jedyny w towarzystwie był bez fury i miał ją pożyczyć.

Dodatkowo nie mam pojęcia, na jakiej postawie Meyer tworzy takie zajebiste profile.

Ciągle czytam, że nie wie, nie ma danych, za mało danych, za mało czasu i w noc przed złożeniem profilu siedzi i bazgrze go na szybkości na podstawie tego co ma, a później nagle okazuje się, że jest tak pewny swego i jak zwykle był bezbłędny.
Dziwne.



Czy polecam?
Chyba tak, całkiem to lekko leci. Aż zbyt lekko, bez żalu odłożyłam książkę w połowie
na tydzień i dokończyłam tylko dlatego, że chciałam się wziąć za następną ;)
Myślę, że jak ktoś nie jest wielkim fanem gatunku, bardziej się wczuje w akcję.


CZAS CZYTANIA: 4 popołudnia.
MOJA OCENA: 7,5/ 10.


Dziękuję za uwagę.