czwartek, 9 sierpnia 2018

Bo wypadało... - "Rozważna i romantyczna".

Starczy tego mistrzowskiego wisielca.

Kolejne w kolejce znam od dawna ze słyszenia - i książkę i film.

Gdyby nie to, że chyba można już tę książkę wpisać w jakiegoś rodzaju kanon lektur, 
które warto znać, gdyby nie to że cena była niska - pewnie nawet bym się nie obejrzała 
za tym tytułem.

TYTUŁ: Rozważna i romantyczna,
AUTOR: Jane Austen,
WYDAWNICTWO: Świat książki,
STRONY: 352,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 21,1 x 13,7 cm,
GATUNEK: Literatura piękna,
CENA: 9,99 zł.



Okładka sugeruje dokładnie to, czego już się domyślałam - że nie będzie to moja ulubiona powieść.
Choć obiektywnie patrząc jest estetyczna i kobieca.


Opis tylko potwierdza tezę.


A tak po prawdzie nie było wcale najgorzej ;)
Ale nie szanowałam tej książki. W przerwach leżała byle gdzie (mam swoje ulubione miejsca na czytanie, które tutaj nie obowiązywały), nie używałam ani razu zakładki. 
Po tym jednym czytaniu jest naprawdę widocznie wymemłana.



Zrobiłam kilka dni odstępu od Pana Mercedesa a i tak wejście w inny świat było trudne 
i nieprzyjemne.

Druk.

Po pierwsze, to wreszcie znów książka o jakichś prawilnych rozmiarach, którą jest za co złapać i jak wygodnie czytać.

Druk też bardzo fajny, ścisły dosyć. Lubię takie.


I dialogów nie za mało, i przypisy wtedy, kiedy ich potrzebowałam, i bez błędów - jest okej.

Tutaj chyba jest miejsce na rozszerzenie mojej oferty recenzyjnej - odczuwam nieodpartą potrzebę opisania osobno języka jak i treści.


Język.

Abstrachując od opinii innych, sama już zaobserwowałam, że język rzeczywiście sukcesywnie dąży do uproszczenia. A raczej języki, bo przecież nasza bohaterka jest pisana po angielsku.

Kiedy oglądam dokumenty o przestępcach sprzed -dziesięciu lat, mam wrażenie graniczące z pewnością, że nawet oni składają zdania sumienniej niż dzisiejszy przeciętny dwudziestolatek.
Kiedy czytam "Rozważną i romantyczną" znowu widzę tę tendencję, tutaj wyglądającą 
mi wręcz na grafomanię - choć nie wątpię, że Autorka nie wyolbrzymiała.

Pierwszych 120 stron odhaczałam partiami po 20... nie mogłam się przestawić, męczyłam się i nużyło mnie to po 15 minutach; myślałam, że będę dukać tydzień.
Co chwilę rugowałam się, że przecież to powieść z XVIII wieku!

Jeżeli kojarzycie "Anię z Zielonego Wzgórza" i jej morza rozpaczy czy inne wszechświaty szczęśliwości, to tu jest podobnie.

Nie mogę podziękować komuś tak po prostu. Muszę do niego mówić NAJczulej, NAJserdeczniej, uznać go za NAJuczynniejszego, NAJzacniejszego kawalera na świecie, który uczynił mnie NAJszczęśliwszą, bo poszedł mi po gazetę.
Ja pierdolę... Nie znoszę takiej maniery.


Treść.

Obyczajowa.

Czytałam - pewnie na jakiejś Wikipedii - że w tamtym okresie modne były powieści 
z dwójką głównych bohaterów, o przeciwstawnych charakterach i nasza Autorka wykazała się dość pionierskim podejściem, pisząc o kochających się siostrach.

Bawi mnie, że umieściła w książce trzy siostry, ale najmłodszą zepchnęła gdzieś do piwnicy ;)
- wiem, wiem, trendy.
No, w każdym razie uważam, że główne bohaterki są przerysowane. Że romantyczna nie jest romantyczna, tylko niezrównoważona i egzaltowana, a rozważna jest żyjącą w cieniu trusią.
Z drugiej strony - jacy mają być ludzie, których życie polega na bywaniu, wyszywaniu, śpiewie, tańcach, spacerach i podróżach? A, i na liczeniu mamony jeszcze.
Tyle dobrze, że - sądząc po tamtych czasach - książka jest dedykowana paniom, więc ma szczęśliwe, sprawiedliwe zakończenie.

"Większa połowa" zleciała mi nadspodziewanie szybko.
Złapałam się jakiś czas temu na tym, że już na początku książki myślę nad oceną dla niej.
I tutaj końcowa jest wyższa.

Uważam, że to bardzo ciekawa lektura choćby ze względu na ten język właśnie, a dalej naprawdę miło jest zanurzyć się w przeszłość po czym uświadomić sobie, jak bardzo zmienił się świat - w mojej ocenie na korzyść kobiet.

Podsumowując, jest w porządku. Nie żałuję lektury.
Taka podróż do innego świata, o którym zapominasz w chwili zamknięcia okładki.


CZAS CZYTANIA: 1,5 dnia,
MOJA OCENA: 7,5.



niedziela, 29 lipca 2018

Czysty zachwyt - "Pan Mercedes".

A chyba ze trzeci dzień się zbieram do pisania.
Nie ma stresu, wrażeń na pewno tak zaraz nie zapomnę :)
Zwykle staram się jak najszybciej napisać, żeby móc zacząć coś następnego,
ale teraz wcale mi się nie chce.

Dla pokolenia tl;dr - to jest po prostu ZAJEBISTE. Fantastyczne. Celne, cyniczne, sarkastyczne, ironiczne, obrzydliwe i wciągające niczym prąd strugowy.


TYTUŁ: Pan Mercedes,
AUTOR: Stephen King,
WYDAWNICTWO: Albatros,
STRONY: 576,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 20,6 x 14,5 cm,
GATUNEK: Powieść detektywistyczna,
CENA: 14,99 zł.



Gdzie można dostać Kinga za 15 ziko? Oczywiście w dupnych koszach w markecie :)
I pewnie dlatego też mam tylko jedną część serii. Widziałam, że to pierwsza to wzięłam, mówię spodoba mi się to dokupię resztę.
(A teraz chuj mnie strzela, bo najchętniej obudziłabym się jutro i żeby już BYŁY).

Dodatkowo, jak zobaczyłam, że to debiut Kinga w innym gatunku - zajrzę 
z tym większą przyjemnością!



Opis oczywiście też tylko utrzymał mnie w tej decyzji.
Ja wiem, że buduje napięcie jak to zwykle w tego typu książkach, ale nie jest to moje pierwsze spotkanie z tym Autorem - przecież z nim nigdy nie wiadomo, 
czy będzie happy end :p


Druk.

Kurwa, znowu kupiłam taką miniksiążeczkę, jak to się źle czyta... nieporęczne okrutnie, szczególnie jak takie opasłe. 

No ale poza tym to spoko, druk wydał mi się trochę drobniejszy niż "standardowy" 
(czyli spotykany przeze mnie najczęściej). I dobrze, więcej treści wejdzie. Nie rozumiem sensu tracenia miejsca na przesadne marginesy.


Tutaj już na szczęście gadulce, zmiany persektywy - lektura nie jest tak nużąca.
Oraz również jest podzielona na części/ "nadrozdziały"(?).
Poza tym King nadaje treści dynamiki i emocji również RÓŻNYMI sposobami edycji TEKSTU.
Bingo!


Treść.

Tego Pana Szanownego czytałam już "Lśnienie", "Cujo" i "Carrie"; nie podobała mi się tylko ta ostatnia - ale też byłam gówniarą wtedy, możliwe że jej nie zrozumiałam.
Po "Lśnieniu" jeszcze długo się bałam; wiem, że świat kręci się m. in. wokół kasy, 
ale śmiać mi się chce jak widzę ekranizację dla leniwych skurwysynów bez wyobraźni czegoś tak dobrego.
A "Cujo" po prostu się pamięta.

I teraz to...
Na pewno dokupię resztę cyklu, najnowszego "Outsidera" już mam. Na szczęście przy byle okazji ktoś na fejsie napisał mi, że nawiązuje do tej trylogii więc odkładam na koniec. 
... Myślałam, że uda mi się choć raz zrecenzować coś świeżego xD

Ale do rzeczy.
Uważam, że King naprawdę króluje na polu mrocznych opowieści.
To nie może być głupi facet, z tymi jego obserwacjami, zarysem bohaterów, biegiem akcji.
Jestem absolutnie zafascynowana.
Właściwie mogłabym powtórzyć tu słowa ze wstępu - bo uwielbiam takie zmyślnie wbijane szpile, ten ponury chichot losu w treści, tę swobodną narrację i niewybredne komentarze.

Co przychodzi mi teraz na myśl - to podobnie dawał czadu Jonas Jonasson w "Stulatku...".

Tutaj wiele razy rżałam na głos; równie wiele - jak nie więcej - uzewnętrzniałam się 
z niewybrednym "ja pierdolę!" po lekturze kolejnych wersów.

Choć obiektywnie patrząc zeżarłam ten tytuł bardzo szybko, to chyba nigdy nie robiłam tylu przerw bo zjadały mnie nerwy.
Nawet mnie to irytowało czasami, żem stara i nie mogę książki doczytać!

Nosz kierwa, leci fabuła, leci, a tu nagle JEB!
Młot na łeb i cześć, koniec rozdziału.
Cudowne :D

http://knowyourmeme.com/memes/that-s-the-evilest-thing-i-can-imagine

Krótko mówiąc, nie szkoda na to ani złotówki, to miód na serce, oczy i wyobraźnię, absolutnie inny wymiar od tych popierdółek, jakie tu czasem wstawiam.
Najlepsze, co miałam w rękach od wielu, wielu tygodni.

Kupować, parzyć herbę i czytać


CZAS CZYTANIA: 1 i 1/3 dnia.
MOJA OCENA: No kurczę 9,75/ 10. Za te przerwy!




sobota, 21 lipca 2018

"Dziewczęta i kobiety".

Nie mam pomysłu na rozwinięcie tytułu.
Ta książka jest... trochę inna. I nie wiem, jak długo już zalega na szafce.
Uważam, że sam tytuł jest intrygujący, musi wystarczyć.

TYTUŁ: Dziewczęta i kobiety,
AUTOR: Alice Munro,
WYDAWNICTWO: WAB,
STRONY: 348
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 11 x 17,5 cm,
GATUNEK: Powieść obyczajowa,
CENA: 7,99 zł.

Jak można się domyślić, nie pamiętam też historii jej nabycia.
Sądząc po cenie, chapnęłam ją hurtem w jakimś Kaufie czy innej Pierdonce;
sporo książek w ten sposób przytuliłam.



Okładka... jak dla mnie mroczna, zachęcająca czyli, plus ten napis o mocnej opowieści - chyba już wiem, czym się kierowałam przy wkładaniu do koszyka ;)

Opis z tyłu też mnie zaciekawił, brzmi niesztampowo.



Druk.

Dosyć mały i ciasny bo i wydanie kieszonkowe, ale nie miałam problemów z czytaniem.
Nie wyłapałam żadnego błędu.

Bardziej przerażała mnie objętość tekstu bez dialogów - znowu...



I obawiam się, że w ocenie nie będę całkiem obiektywna - to trzecia z rzędu pozycja w formie opowiadania. Chociaż lubię tak czytać, teraz jest to po prostu za dużo, zmęczonam.

Po drugie - czytałam już kiedyś coś podobnego!
"Dziennik radzieckiej uczennicy".
Też pisany z perspektywy głównej bohaterki, też opisywał jej lata szczenięce i wejście
w dorosłość, też miał poruszać a mnie nie poruszył. Ale nie uprzedzajmy faktów.


Treść.

Kunsztu Autorce odmówić nie można. Język może nie jest bardzo wyrafinowany
(bo i akcja toczy się parę lat wstecz i nie wśród wyższych sfer), ale spotkamy tu bardzo rozwinięte zdania, wielokrotnie złożone, a każde w nich słowo jest na swoim miejscu
i ma poprawną formę gramatyczną (tak, czytałam na wyrywki takie kawałki po kilka razy
i sprawdzałam, jak wyglądają bez wtrąceń :D).

Powieść podzielona jest na rozdziały? Części? Przyznaję, że robiłam sporo przerw podczas czytania bo bardzo się na tym skupiałam - nie chciałam przeoczyć czegoś, do czego być może Autorka nawiąże dalej tak, jak nawiązywała do przyszłości.

I owszem, przydało się to, choć nie w takim stopniu jakiego się spodziewałam.

Bohaterowie są wg mnie realistyczni; przyjmowałam ich tak jak się przyjmuje wygląd
i zachowanie ludzi, siedząc na knajpianym tarasie przy kawie i obserwując deptak.
Opisy plastyczne - potrafiłam jakoś umiejscowić wydarzenia w wyobraźni i dowolnie żonglować tymi wytworzonymi obrazami.

Trochę czytam, dlatego nie uważam "Dziewcząt..." za "mocną" i "poruszającą" powieść.
Również sposób postrzegania świata przez dziecko, potem nastolatkę i młodą kobietę
z tamtego okresu mnie nie zadziwił - jest mniej więcej taki, jakiego się spodziewałam.
Są pewne zachowania, marzenia i tendencje, które i od stu lat pozostają niezmienne.

Niemniej jeżeli kogoś ciekawi okres powojenny - uważam tę książkę za odpowiednią
do poznawania zwyczajów, obowiązków i rozrywek kobiet, jako podstawę do przemyśleń o tamtym świecie.

Bo tak - rzeczywiście jest ona napisana przez kobietę, o kobietach,
na szczęście nie w typowo kobiecy sposób ;) i wiernie oddaje ich świat.


CZAS CZYTANIA: 1 dzień (z małym hakiem).
MOJA OCENA: 7/10.

sobota, 14 lipca 2018

Przeterminowana nowość - "Przeznaczeni".

Być może zabieram się do pisania ostatnia, chociaż kupiłam jak tylko wpadła mi w oczy (czyli pewnie miesiąc po premierze ;)).

Ale to dobrze.

Przymierzałam się już raz do czytania, ale urwałam w 1/3, nie podchodziła mi.
Kiedy wzięłam się za nią po tych kilku miesiącach, zastanawiałam się co mi w niej,
kierwa, nie pasowało?? Poleciałam po stronach aż miło.

Myślę, że do niektórych książek można, a nawet trzeba dorosnąć i ta jest jedną z nich.

TYTUŁ: Przeznaczeni,
AUTOR: Katarzyna Grochola,
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Literackie,
STRONY: 544,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 12,3 x 19,7 cm,
GATUNEK: Powieść obyczajowa,
CENA: 39,90 zł.




Uważam projekt okładki za dość prosty, ale bardzo mi się podoba. Teraz, po lekturze, uważam że pasuje do treści. No i w czasie popremierowym stał na półce zapewne wśród wszechobecnej czerni, więc tym bardziej się wyróżniał.



Opis z tyłu...
Uważam, że jest bardziej mistyczny niż całokształt. Dla mnie na plus; jak już zapewne 
się domyśleliście, nie lubię takich ezoterycznych pierdoletów.
Ale nie pasuje mi to "Nigdy nie wiadomo, kiedy się widzi kogoś po raz pierwszy..." -
- tzn. domyślam się, że chodzi właśnie o tę przekorę losu, która zajmuje zaszczytne miejsce w powieści, ale oczywiście mój chłopski umysł wtrąca "no chyba wiem
czy już kogoś widziałem, nie?"

Dobrze jest czasem odpocząć od chłopskiego myślenia.

Druk.

Taki do wciągnięcia. Nie za duży, nie za mały, nie za gęsty, nie za rzadki. 
Czytało mi się super nawet leżąc na brzuchu - a raczej smażąc się - na leżaku i trzymając książkę na ziemi. To dla mnie duży wyczyn, bo noszę oksy i nie widzę zbyt dobrze z daleka.



Poza tym uważam ją za dobrze wykonaną - była w moich rękach więcej razy niż średnia przewiduje, a grzbiet wygiął się... zwyczajnie. Choć i tak doprowadza mnie to do szewskiej pasji ;)


Za to teraz pięknie się rozkłada, ułatwiając czytanie - co widać na zdjęciu tekstu. 
Nie musiałam trzymać kartek.


Treść.

Przede wszystkim - ZASKAKUJĄCA. Naprawdę, zakończenie zaserwowało mi klasycznego mindfucka, facepalma czy jak to tam zwać. Musiałam chwilę pomyśleć, żeby ogarnąć zwrot akcji ;)

Bohaterowie...

Pani Grochola ma słabość do rudych ;p
Osobiście nie znoszę wszelkich znamion i przebarwień na skórze, więc wyobrażenie sobie piegusa jako piękności wymaga ode mnie trochę wysiłku. Tutaj Autorka nie pomaga, ponieważ ta jedna z głównych bohaterek (nie jestem pewna, czy ona taka najgłówniejsza...) jest dodatkowo typem człowieka, któremu z chęcią dałabym w łeb.
Skrzywdzone dziecko, z którym trzeba się obchodzić jak z jajkiem bo coś i bo kiedyś i nigdy nie wiadomo kiedy walnie focha na bogu ducha winnych ludzi.

Kurwa każdy ma jakąś przeszłość.

Niemniej realizmu postaciom w tej powieści odmówić nie można.

MOŻE trochę, odrobinkę! Zbyt optymistyczna jest Pani Autor w ich kreśleniu - to nie pierwsza jej moja książka i tak często ci ludzie są tacy... sympatyczni. Empatyczni. Myślący. Zabawni.
Nie spotkałam jeszcze nigdzie takiego zagęszczenia fajnych osób ;)

Trochę smutno się to czyta, jeśli nie masz albo masz jak na lekarstwo podobnych, 
ale realnych znajomych.

Co do mistycyzmu... Uważam go za taki życiowy, na poziomie, na którym wielu z nas stawia pytania egzystencjalne. Nie przeszkadzał mi za szczególnie.
Ostatecznie ja też czasem dyskutuję nad tym kim jesteśmy, dokąd zmierzamy... -
- i czy w ogóle mamy na to wpływ.

Nie będę pisała o bohaterach, ich konotacjach... to nie jest dla mnie ważne. Ważne są dla mnie wrażenia i odbiór, a te są bardzo fajne i bardzo ciepły.

Co tu dużo gadać - jak dla mnie kolejna, dobra lektura tej pisarki.
Czy "absolutny majstersztyk"? Absolutny - nie, majstersztyk jak najbardziej
Żółtodziób by tak nie opisał!
Z czystym sumieniem polecam.

CZAS CZYTANIA: 1,5 dnia.
MOJA OCENA: 8/ 10.

środa, 4 lipca 2018

"Ali Deals" - stroje kąpielowe.

O samych książkach smutno by mi było pisać, muszę coś od siebie!

Postanowiłam więc, że wskoczą tu również niesamowite okazje i fantastyczne przedmioty z Ali Express, których jakość wciąż pozostaje dla wielu wątpliwa,
a zamawiam tego całkiem sporo.

Na pierwszy ogień - stroje kąpielowe.

Dwa,
"gdyby jeden był za mały",
"za brzydki",
"gdyby nie przyszedł"
i tak dalej.

Jak na zamówienia z Chin tanie nie były - 10 i 13 euro,
spodziewałam się więc przyzwoitej jakości.

Jak było?

Materiał oba mają fajny, solidny, standardowy kąpielowy.



Pod spodem są wykończone siateczką - raz o większych, raz odrobinę mniejszych oczkach.



Oraz mają poduszeczki w staniku. Raz - wyciągable a raz nie; bardziej praktyczna wydaje mi się opcja z tymi na stałe - nic się nie przesuwa i nie trzeba ich układać ale zobaczymy jak z trwałością. Nie mam pojęcia z czego są wykonane, jest to dosyć sztywny materiał.

 


Miałam już okazję ich użyć w jeziorze i chlorowanej wodzie i po kilku praniach nie straciły nic z koloru.

Aukcje wybrałam dobrze opisane, tj. z tabelkami rozmiarów.
Kolorowiasty pasuje świetnie, czarno - biały jest troszeczkę ciasny ale da się nosić.
Do pełnej wygody zabrakło może z centymetra - uważam to za wynik nadal zgodny
z rozpiską.

Pasek z pleców w kolorowym jest odpinany - niby praktyczne, ale w praniu namiętnie się wyczepia i fruwa gdzieś po pralce, trochę irytujące, sugerujące pranie w biustonoszowym woreczku.

Pomijając to, uważam, że na ciele wyglądają szałownie i z czystym sumieniem polecam :)




Nie daję linka do aukcji, bo znalazłam po jednej dla każdego ze strojów.


środa, 27 czerwca 2018

Magia i emocje... "Ziemia Kobiet".

Długo się zbierałam żeby do tego siąść.
Ale obiecałam sobie, że dopiero jak się uzewnętrznię w tym temacie, pozwolę sobie sięgnąć po kolejny tytuł.
No to się uzewnętrzniam.

TYTUŁ: Ziemia Kobiet,
AUTOR: Sandra Barneda,
WYDAWNICTWO: Muza,
STRONY: 480,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 17,3 x 11 cm,
GATUNEK: Fikcja
CENA: 9,99 zł.


O ile dobrze pamiętam, książka zaciekawiła mnie swoją okładką. Wygląda dosyć... kiczowato?
Ale i przyjemnie. W sam raz na wakacje, ile można babrać się w morderstwach.

Opis z tyłu i niska cena przechyliły szalę; muszę spróbować różnych czytadeł!


Druk.

No nieduży. Nie powiem, żeby mi to jakoś bardzo przeszkadzało ale odczułam, że jest odrobinę drobniejszy niż w poprzednio pochłanianych. Sama książka jednak też
za szczególnie duża nie jest, więc wszystko spójne.
Nie czyta się tego wygodnie...
Zresztą, widać na zdjęciu że musiałam położyć łapę na środku i dosyć przytrzymać, żeby mi strony nie uciekały.
Uważam taki rozmiar przy takiej objętości za niezbyt celny strzał.


Poza tym - nie wychwyciłam żadnych błędów (np. literówek).


Treść.

Kobieta opisuje historię kobiet.
Szkoda, że wcześniej nie połapałam się, czym to pachnie - och, emocje, och, magia, och, nie mam za grosz zdrowego rozsądku więc zdam się na intuicję, och, sygnały, och, przeznaczenie!

Borze, co za pierdololo.

Jestem na to zbyt stara, zbyt zgorzkniała, zbyt mądra - albo zbyt głupia - w każdym razie ZBYT.
Jak dla mnie kompletny przerost formy nad treścią; dużo opisów, które w założeniu...
nie wiem jakie miały być, bo chyba nie plastyczne?
Akcja ciągnie się przez prawie 500 stron a ja nie poczułam sympatii do żadnego bohatera, nawet przy końcu musiałam przystawać przy imionach głównych bohaterek (!) żeby skumać, która jest którą.

A, przepraszam, kreacja młodszej córki głównej bohaterki mnie nie irytowała - takie normalne, fajne dziecko.
Poza tym - matka głupia cipa bez własnego zdania, która dała się napompować pustymi frazesami o wyższych sferach, standardach zachowań, standardach życia. Jednocześnie oczywiście wydaje jej się, że jest chuj wie kim; absolutnie nie potrafi bądź nie chce zastanowić się nad sobą.

Jej nastoletnia córka - jak to nastolatki, wieczny foch, pretensje i kuszenie do piątaka
na twarzy, a przynajmniej na dupie.
Jak widzę/ czytam/ oglądam w TV takich ludzi to jestem przekonana, że prałabym takiego dzieciaka i patrzyła czy równo puchnie ;)
Zawsze się zastanawiam czy też taka byłam.

Ciekawa jestem również, czy w ty Hameryce to une wszyskie podobne.

Ja wiem, że powieść, że fikcja, ale wydaje mi się, że Autorka mogła brać podwaliny postaci z otoczenia; zresztą nie byłoby to też szczególnie szokujące.

W tej mieszaninie magii, znaków, przyrody i emocji komuś chyba zabrakło zdrowego rozsądku; parę razy wychwyciłam oksymorony, które nie wyglądały mi na zamierzone (oczywiście ich nie zaznaczyłam, geniusz).

Pokażę za to kawałek tego, co dla mnie strawne:

Jak za sprawą magicznej sztuczki tych dwoje wpadło na siebie w drzwiach restauracji. Sprawiali wrażenie, jakby zamienili się rolami; Amat przypominał wyglądem chłopaka z miasta, a ona dziewczynę ze wsi. Od czasu ślubu brata Amat nigdy nie miał do czynienia z krawatem, tego dnia jednak postanowił go założyć, ale węzeł wyszedł mu niezdarnie.
Gala z kolei wyciągnęła dżinsy, koszulę w kratę i kowbojki - doskonały zestaw dla teksańskiej poganiaczki bydła. Oboje popatrzyli na siebie w milczeniu i nie mogli powstrzymać uśmiechu. Amat otworzył drzwi, Gala weszła bez słowa, walcząc z pokusą, żeby poprawić mu krawat.

I tego, co nie:

Przeznaczenie igrało z każdym z nich: Gala musiała zebrać siły przed powrotem do domu i rozmową z Frederickiem, jakiej nigdy wcześniej nie przeprowadzili; Adele odzyskać je, żeby pozostać z Markiem; Kate nacieszyć się tym "przeklętym miejscem"; a Amat zasypać piaskiem ogień, który podsycała Gala. Prawa natury są bardziej złożone, niż się wydaje, i wystawiają na próbę tych, którzy podnoszą przecie nim bunt, którzy ich nie przestrzegają albo je ignorują.
Pozostaje tylko usiąść i zaczekać na bieg wydarzeń...
Czyżby Czerwona była tak potężna, że mogła pokonać przeznaczenie? 

No dejta spokój.
Niby rozumiem Autorkę - uważam, że próbuje zachęcić czytelnika do pochylania się nad zwykłymi sprawami i czerpania z nich radości; forma jednak nie dla mnie.

Dodatkowo wkurwia mnie to pierdolamento o sile kobiet, jakichś mocach miłości
i oddania, gdy się jednocześnie pokazuje ich zniewolenie pod szyldem TRADYCJA, gdzie nie ma miejsca na pójście pod prąd a życie po swojemu jest piętnowane (to akurat uniwersalny schemat).

Podsumowując, kupa sprzeczności, która mnie w tym przypadku męczy.
Cieszę się, że mam już to za sobą. Nie będę tęsknić.
To książka, której treść zapomniałam zaraz po zamknięciu.

CZAS CZYTANIA: 1,5 pełnego dnia.
MOJA OCENA: 4,5/ 10.

No.
Sięgam po kolejne, czego nie przetrawiłam za pierwszym podejściem.