niedziela, 30 grudnia 2018

Tytuł, który nie mówi nic - "Pięć dni w październiku".

To książka z serii moich najdawniej kupionych książek, tak że nie mam zielonego pojęcia jakim sposobem mogła się u mnie znaleźć.

W każdym razie do czasu przeczytania opisu z tyłu tytuł wespół z okładką kojarzył mi się dość sentymentalnie i romantycznie, a tu niespodzianka!
Znowu kryminał :D




TYTUŁ: Pięć dni w październiku,
AUTOR: Jordi Sierra i Fabra,
WYDAWNICTWO: Albatros,
STRONY: 336,
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami,
FORMAT: 14 x 20,5cm,
GATUNEK: Powieść historyczna, kryminalna,
CENA: 9,99 zł.

Od razu mogę rzec, że to była dobrze wydana dyszka :)

Opis zachęcił mnie czymś dla mnie ciekawym - umiejscowieniem akcji we wczesnych latach powojennych. Ta tematyka ciągle mnie interesuje i chętnie zanurzam się w tamtych trudnych realiach.




Druk.

Nie ma o czym gadać - beżowy papier, druk rozwlekły - przywykłam.
Aczkolwiek odwiedziła mnie koleżanka i kiedy kartkowała biblioteczkę nazwała ten papier "tym fajnym, naturalniejszym". Może powinnam rozważyć ten punkt widzenia? ;)
Literki słabo nasycone ale wykonanie bez zarzutu.
Żadnego babola nie wychwyciłam.



Język.

Przypominam, że teleportujemy się do 1948 - uważam, że to widać. Język bez udziwnień
i wymysłów, prosty, ładny. Jednak ludzie na kartach powieści używają go w sposób, który zdradza ich miejsce w społeczeństwie: inaczej opowiada służąca, inaczej wypowiada się bogacz. Wraz z opisem zachowania tworzy to spójną całość. Poza tym ludzie w tamtym świecie są wg mojej opinii uprzejmi.
"Dobry dyplomata powie ci słowo "spierdalaj" w taki sposób, że będziesz się cieszył nadchodzącą podróżą" - tak to mniej więcej tam wygląda ;)


Bohaterowie.

Na wejściu polubiłam każdego. Przypominają mi prawdziwych ludzi, jakkolwiek pokracznie to nie brzmi ;)
Mascarell: Z tej książki wyłania się jako człowiek spokojny, zrównoważony i rozsądny.
Z przenikliwym umysłem, dosyć małomówny. Jednak mamy wgląd również w jego wnętrze
i uważam, że ze swoją błyskotliwością i uczuciami nie wygląda na 65 lat - w jakim to wieku go spotykamy.

Patro: Wygląda mi na nie dość że ładną, to jeszcze czułą i oddaną kobietę. Wydaje mi się, że mimo, iż jest jej w treści więcej, to Saez jest tu główniejszą postacią. W każdym razie niewiele się o niej dowiedziałam oprócz paru migawek z przeszłości i paru słów
o obecnym, mało ambitnym zajęciu.
Pod koniec zaczęła mnie już irytować; taka stereotypowa baba z robieniem cyrków
i strzelaniem focha w obliczu zdarzeń, które przerastają jej możliwości pojęcia. Znielubiłam w końcu.

Saez: Powieść w oryginale jest po hiszpańsku, ja miałam styczność z włoskim i właśnie
"z włoska" czytałam sobie nazwy ulic czy imię w/w pana, więc nie będę ryzykować pisowni z pamięci ;)
Poza tym to nazwisko było szeroko znane oraz jest to kompatybilne z "Mascarellem".
Co tu dużo gadać, kawał skurwysyna. Oprócz tego, że chory pojeb to jeszcze chorobliwie chciwy i bezwzględny pojeb. Taki Scrooge albo Mc Kwacz zepsuty wojną. Czai się gdzieś
w tle, ale wrażenie, jakie wywiera na bohaterach udziela się też i czytelnikowi. Niczym Hannibal Lecter z "Milczenia owiec".


Treść.

Mimo, że książka jest trzecim tomem serii nie odczułam tego. Nie czułam się ani zagubiona w treści ani pozostawiona z zakończeniem na wieki wieków - uważam, że Autor bardzo zgrabnie zostawił miejsce na dalsze losy i bardzo ładnie nawiązywał do części poprzednich. Domyślam się, że seria może się rozgrywać chronologicznie.
Nasz detektyw nie kojarzył mi się z nikim (a przecież Hodges z "Pana Mercedesa" też był leciwy, Włoch Bordelli z "Mordercy, którego nie było" - takoż). Szacuneczek. Podoba mi się opanowanie i konsekwencja, z jaką prowadzi śledztwo. Bordelli wobec niego dosyć niewydarzony jest ;)
Opisy bardzo plastyczne. Podoba mi się w sumie, że Autor nie skupia się na pierdołach - taksówka to taksówka, a nie "Volkswagen garbus z zardzewiałymi przednimi nadkolami
i opadającą smętnie jednym rogiem tablicą rejestracyjną". Ok, nie mam nic przeciwko takim opisom ale czytam na tyle dużo, że nie potrzebuję tego żeby wyobrazić sobie autko z '48. Tak że dla mnie to miła odmiana; mieści się więcej sensownej treści.
Nie dziwię się, że pan Jordi jest słynnym pisarzem - ta powieść naprawdę mi się podobała
i mimo, że nie myślałam o niej poza czytaniem, zawsze chętnie do niej zasiadałam.
Ze względu na dość zajęte dni czytałam to przez 3 późne popołudnia z 2-popołudniową przerwą i nie miałam problemu wrócić do akcji. To musi być jedna z wielu oznak talentu Autora :)

Jak już przeczytam jakieś 60 pozostałych książek w kolejce to dokupię resztę serii, wg mnie jest tego warta.

CZAS CZYTANIA: 7,5 godziny.
MOJA OCENA: 7,6/ 10.

niedziela, 16 grudnia 2018

"Ali Deals" - Ali Cię odzieje.

W czasie mojego szału na zakupy z Chin przyszło mi do głowy również zamówienie czegoś na rzyć.
A tak se, zobaczyć, ile to warte :)
Teraz już przed złożeniem zamówienia przeglądam dziesiątki aukcji - zauważyłam, że ludzie oceniają produkty na 5 gwiazdek tylko za to, że przyszły i za to, jak wyglądają - co w przypadku ubrań jest dla mnie absolutnie niewystarczające.
Przeglądam więc składy materiałów - o ile są podane - i przebieram jak w ulęgałkach.

Oto efekty.


1. Spodnie aspirujące do wyjściowych.

Miałam i mam kilka par obcisłych spodni; nie są szczególnie wygodne (kocham dres!), ale wyglądają bardzo elegancko. Postanowiłam więc stestować "chinese quality" - nie mogłam zdecydować się na rozmiar, więc wzięłam ten sam, ale z dwóch różnych aukcji. To tutaj... to porażka okrutna. Te spodnie wyglądają tak źle, że aż wstyd mi to publikować! Ale rzetelność blogownicza nie pozwala się wycofać ;)


ROZMIAR: M.
CENA: 8,77 €. Całkiem sporo kurła!


2. Kolejne spodnie, tym razem wyjściowe.

Ten zakup przywrócił mi wiarę w moje humanoidalne kształty. Spodnie są naprawdę super!
A na zdjęciu w aukcji wyglądały średniawo, bo to była fotka produktu - nie produktu na modelce z fotoszopa.


ROZMIAR: M.
CENA: 6,48 €.


3. Piżamka na piżama party, bo w chałupie się marnuje.

To jest właśnie coś, czego szukałam długo i namiętnie, co by znaleźć jakiś skład a i nie płacić dużo bo za dużo to se mogę kupić w Holandii. Piżama jest dość cienka, wygląda na letnią, ale jednak wystarczająco ciepła. W domu myślałam, że opis był oszukany i jednak kupiłam plastikowe gunwo z poliestru, ale jak tylko wyszłam na taras zrobić to zdjęcie to przewiało mnie na wskroś. Znaczy oddycha.
Życie również potwierdza tę moją obserwację - śpi się w tym komplecie bardzo komfortowo i wstaje niespoconym i nieśmierdzącym. Super!
A te krótkie portki i rękawki tylko bardziej mnie rozczulają xD mam ją już jakiś czas i za każdym razem się uśmiecham, kiedy się widzę w tym w lustrze ;)



ROZMIAR: L.
CENA: 6,41 €.


4. Płaszczyk niby-zimowy.



Kurtki na zimę w sumie nie miałam (i nie mam nadal, ale o tym dalej), postanowiłam więc spróbować. Towar przyszedł bardzo szybko i w ładnej torebce strunowej, nieśmierdzący tym typowym, chińskim plastikiem. Kiedy odebrałam było jeszcze ciepło, więc miałam wrażenie oddawania temperatury bardzo zacnie. Więc jako rozsądna, dorosła kobieta - wzięłam to na urlop. Do Polski. W grudniu.
Myślałam, że zamarznę, kurwa mać!!!
I to chodząc pieszo, jedynie w -4 stopniach. Dobrze, że w domu rodzinnym miałam jeszcze jakąś starą kurtkę z prawdziwego zdarzenia.
To się nadaje na 5 stopni, nie mniej!
Ale przynajmniej jest ładne... Futro jest fantastyczne, choć krzywo uszyte (jego pełność maskuje defekt) i gubi włosy wszędzie niczym z krwi i kości żywy kot.
Tak więc "prawdziwnej" kurtki nie mam nadal, ale jako że mieszkam w Holandii - pal sześć, dam radę z tym co mam (z dziesięcioma kurtkami na jesień, lol).


ROZMIAR: M.
CENA: 21,76 €.



Przed urlopem wpadłam w szał zamówień kocich zabawek. Ta seria w najbliższym czasie nie zginie ;)



niedziela, 9 grudnia 2018

Powieść na wiosnę. "Hiszpański kot".

Urlopowałam niespodziewanie i, jak to na urlopie - nie miałam za bardzo czasu na chwilę usiąść ;)
Niemniej trafił mi się jeden dzień prawie wolny, który mogłam przeznaczyć na lekturę.


TYTUŁ: Hiszpański kot,
AUTOR: Iwona i Piotr Chodorek, Anula Trojanowska,
WYDAWNICTWO: Szara godzina,
STRONY: 304,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 14,5 x 20,5 cm,
GATUNEK: Powieść przygodowa,
CENA: 9,99 zł.

Oczywiście wzięłam ze względu na kota ;)
Byłam ciekawa, dlaczego hiszpański. Nie przeszkadzało mi, że nie czytałam pierwszej części (nie wiedziałam o jej istnieniu nawet).


Opis z tyłu zwyczajny, ani mnie grzał ani ziębił.
Ale znów uznałam popierdółkę jakąś za miłą i potrzebną odmianę.


Druk.

Mam wrażenie, że typowy dla takich tanich książek :p
Trochę beżowy, chropowaty papier, dosyć rozwlekłe litery i akapity,
dosyć mało nasycone barwnikiem.
Ale przeczytałam bez irytowania się.

W tekście niestety sporo niedoróbek typu kobita mówi "wziąłem",
gdzieś literka ostatnia zgubiona...
Było tego jak na moje oko 5 - 10. Raz już sapnęłam z irytacji bo tekst był złożony tak,
że naprawdę nie rozszyfrowałam czy to gadał on czy ona czy kto w końcu.



Do zrobienia zdjęcia poglądowego akurat otworzyły mi się strony
z sympatyczniejszą częścią książki.


Język.

Nie ma o czym mówić. Trochę weterynaryjnego słownictwa, jednak zrozumiałego
dla laika za jakiego się uważam, poza tym prosta treść.


Bohaterowie.

Głównymi bohaterami są bracia, Wojtek i Mikołaj,
reszta jak dla mnie gra role drugorzędne.
Skrobnę tu jeszcze o Agacie - dziewczynie Wojtka, bo spędza z nią pół powieści ostatecznie ;)

Wojtek: Młody weterynarz w odziedziczonej po rodzicach klinice. Stara się być odpowiedzialnym starszym bratem, jednak nie ma zbytnio posłuchu u młodego.
Nie powiem, że nie wzbudził we mnie sympatii, ale też nie urzekł mnie jakoś szczególnie. Wygląda mi trochę na introwertyka, a mnie jest czasem trudno utożsamić się z takimi osobami ;)

Mikołaj: Dosyć różny od brata. Towarzyski lekkoduch z typowym dla jego wieku poczuciem humoru (nauczyć obcokrajowca "masz grubą dupę" i wyjaśnić, że oznacza
to "jesteś bardzo ładna"...). Ta postać jest przynajmniej... jakaś. I dlatego bardziej przypadła mi do gustu.

Agata: Podglądamy jej urlop z Wojtkiem przez spory kawał tekstu, a ja naprawdę nie mam pomysłu, co mogę o niej powiedzieć. Jak dla mnie jest dosyć nijaka. Pasuje do Wojtka :D
Na podstawie tej części naprawdę nie wiem, co mogła widzieć ona w nim i on w niej - poza urodą, o której Autorzy trochę wzmiankują.


Treść.

Czyta się płynnie, ale jak dla mnie jest to książka o niczym. Podglądamy pracę w lecznicy, zmagania młodego ze szkołą, potem urlop weterynarza i... i w sumie nic z tego nie wynika.
Już nie wspomnę, że jakieś emocje znalazłam dopiero przy końcu powieści a dodatkowo bardzo mało związanych z nimi faktów zostało wyjaśnionych!
Rozczarowujące.
Ale nie aż tak, żeby o tym nie zapomnieć po półgodzinie.
Dlatego nazywam tę pozycję wiosenną - lekka bzdurka byle poczytać, kiedy już za ciepło na mroczne czy ważne historie ale jeszcze na tyle chłodno, że chce się czytać.


CZAS CZYTANIA: A z 7 godzin.
MOJA OCENA: 6/ 10.

niedziela, 4 listopada 2018

"Ali Deals" - zamówieniowe niedobitki :)

Czyli to, co przyszło za późno, żeby załapało się na post z kolegami, to, co zamawiałam tylko jedno i/ lub to, co już miałam ale obiecałam przetestować.

Zejdźmy trochę do codziennego życia z tych otchłani fikcji, cierpienia, zwłok
i przygnębienia!


1. Nerka rowerowo - piesza.


Zawsze chciałam coś takiego mieć ;)
Pamiętam, że poszukiwania zajęły mi dużo czasu bo zależało mi, żeby było to w miarę zgrabne ale i żeby mieściło pół litra picia oraz żeby było zielone
(mój nowy ulubiony kolor 😉).
A! I wodoodporne.

To co przyszło spełnia wszystkie te założenia, ma tylko jeden mankament - pasek, oprócz tego że jest... no... nieatrakcyjny kolorystycznie 😛 - sam radośnie się 
rozszerza w przypadku gwałtownych ruchów.


Na rowerze mam sakwy a na rzadkie piesze wędrówki się z nią przepraszam i jakoś tuptamy, niemniej ewentualność powiększenia przy rozpinaniu czy przesuwaniu na biodrach z lekka mnie stresuje. Można było trafić lepiej.

CENA: ok. 2,5 € (nie mam tego w transakcjach i piszę z pamięci, widocznie zamawiałam 
z konta chłopaka).


2. Rękawiczki antywietrzne.

Kupione z myślą o pracy (lodówka), oczywiście okazały się failem - mam dłonie mniejsze nawet niż chiński rozmiar S xD

Żal mi dupę ścisnął i ostatecznie zakładam je na swoje dotychczasowe robocze, jest git.

Produkt jak najbardziej zgodny z opisem - niby grube nie są i jakoś szczególnie ocieplone, ale wiatru nie przepuszczają rzeczywiście i marznięcie dłoni zaczynam odczuwać jakoś 
po 1,5 godziny jeżdżenia niemalże w bezruchu.
To jest FANTASTYCZNY wynik!


CENA: 3,17 €. Kurła, byłam pewna, że z 6!


3. Laserek dla kotka.

Tak, na tym też postanowiłam przycebulić.
I spotkała mnie za to kara - coś posrany ten promień światła. Już nie wspomnę, że na aukcji była opcja wyboru koloru światełka i chciałam zielone a przyszło co przyszło.

Sam laserek jest bardzo ładny, wielkości długopisu firmowego jakiegoś (zazwyczaj 
są grubsze ;)) ale cóż z tego jak jest nie do użytku - muszę bardzo uważać, gdzie znajduje się to "nadświecenie", żeby nie walić kotu po oczach!

Misia biega za tym jak szalona, ale obiektywnie patrząc nie jest to dobra zabawka dla kota - bieganie za czymś, czego nie można powąchać, złapać i ugryźć jest frustrujące.
Mam parę pomysłów jak to spróbować urządzić tak, żeby każdy był zadowolony, 
może popełnię o tym notkę.


CENA: 1,37 €.

Uważam, że to wcale niemało i cóż, dam Sprzedającemu znać że coś nie pykło.


4. Krajalnica truskawkowa, w której widziałam pieczarki.

No więc wreszcie je tam wsadziłam.
  • W zdecydowanej większości trzeba je było kroić na pół,
  • nożyki nie dochodziły do końca pieczary,
  • pieczary potem wcale nie chciały opuszczać krajalnicy.


Lipa. Nożem szybciej.

Oczywiście jeszcze nie używałam tego zgodnie z przeznaczeniem, tj. do truskawek ;)


Miłej niedzielki!



niedziela, 28 października 2018

Czekaj... CO?! ... "Mama kazała mi chorować".

Ten tytuł przewinął mi się gdzieś w internetach jako "szokujący" czy tam "ciężka lektura".
Takie opinie tylko mnie zachęcają; wydaje mi się, że nie jestem przesadnie wrażliwa
czy łatwo obrzydzająca się.
Toteż zastanawiałam się, czy zaufać internautom - ale "los" wybrał za mnie i wpadła
mi w ręce gdzieś na wyprzedaży.

TYTUŁ: Mama kazała mi chorować,
AUTOR: Julie Gregory,
WYDAWNICTWO: Amber,
STRONY: 296,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 13 x 20,5 cm,
GATUNEK: Literatura faktu,
CENA: 19,99 zł.


Okładka okrutna. W sensie, że niepokojąca - niewyraźne zdjęcie niemrawego dziecka
już kojarzy się z czymś... nieprzyjaznym.

Opis z tyłu nie zrobił na mnie wrażenia; jakoś to do mnie nie docierało.
Tak samo jak i te wstawki o bestsellerze, co do których moje zdanie jest
póki co takie samo.


W ogóle do tematu opisu jeszcze wrócę, ale później.


Druk.

Czytało się fajnie, choć jak dla mnie mógłby być ściślejszy. I blady jakiś taki... Jak to biedne dziecko na okładce :x
Za to bezbłędny.
Papier dosyć matowy - choć dobry do czytania, to te białe i lśniące robią na mnie wrażenie surowca, na który nie pożałowano środków.


Język.

No, ciekawy.
Ta książka jest autobiografią, więc nie ma tu miejsca na zabiegi upiększające. Są bluzgi
i wyzwiska oraz normalne, codzienne słownictwo i konstrukcja zdań. Proste, ale nie prostackie.


Bohaterowie.

Pula jest dosyć ograniczona ;)
Ostatecznie chodzi tu głównie o naszą Autorkę.

Autorka: poznajemy ją jako kilkuletnie dziecko, razem z nią dorastamy. Zagubiona, wymęczona, przez długi czas nieświadoma horroru, jaki ją otacza i przenika. Jak to dzieciak, potrzebuje miłości i akceptacji i bardzo stara się na to... zasłużyć.

Matka: Kobieta absolutnie popierdolona, która niszczy życie ludzi wokół. Konfabulantka
i aktorka za trzy grosze - robienie scen i popisówek akurat znam z autopsji nawet
i niezmiennie napełniają mnie obrzydzeniem. Obiektywnie patrząc też jest ofiarą - niestety zbyt głupią, by to zrozumieć.

Ojciec: Fagas bez jaj, który dał się wciągnąć w całą tę karuzelę. Nie wierzę, że można tak żyć (wegetować)! Bo to, że istnieją charaktery wybitnie łatwo i niezauważalnie podporządkowujące sobie innych (matka) nie jest dla mnie tajemnicą. Postać bierna
i odpychająca jak i cała reszta otaczających Julie osób.

Bohaterowie dalszoplanowi: Grupa ludzi, którym wydaje się, że wszystkie rozumy zjedli,
w rzeczywistości głupi, ślepi i głusi. Z jednym wyjątkiem. Wypisz, wymaluj obraz społeczeństwa. Nie tylko amerykańskiego.


Treść.

No kurwa szokłę.
Czytając, naprawdę często odwracałam wzrok z obrzydzenia lub żeby przełknąć wzbierającą gorycz i uspokoić napierającą agresję.
Nie lubię dzieci, ale zdaję sobie sprawę że wymagają naszej opieki i szacunku, że są istotami, które się na ten świat nie prosiły! Nie mogę pojąć, jak można tak krzywdzić bezbronnego człowieczka, co się kurwa przepala we łbie, że się daje dzieciakowi łebki zapałek do ssania jako łakocie!
Niby jestem odporna, ale naprawdę poruszyła mnie ta książka.

Trochę się podśmiechuję, że Autorka po tych przeżyciach OCZYWIŚCIE została specjalistką w sprawie choroby, która na niej się odbiła ale fakt faktem uważam, że w przypadku przemocy czy zaburzeń psychicznych tylko osoba, która doświadczyła tego bezpośrednio (w najbliższej rodzinie to też dla mnie "bezpośrednio") może w pełni zrozumieć istotę rzeczy.

„Ta książka jest z jednej strony pełna bólu, z drugiej zaś nadziei i radości życia poprzez ukazanie możliwości wyrwania się z kręgu przemocy i powrotu do zdrowia”.
dr n. med. Joanna Cielecka-Kuszyk, prezes Fundacji Mederi – Pomóżmy Dzieciom


Darujcie, ale nie widzę tu radości ani tym bardziej nadziei. Moim zdaniem Autorka
się wygrzebała, bo co innego miała zrobić? Jak dla mnie walka o siebie była jedynym wyjściem.
Już nie wspomnę o ponurym zakończeniu...


W treści znajdują się też przykładowe karty pacjenta Autorki oraz zdjęcia - tak co by sobie czytelnik mógł sam porównać treść z obrazem.


Czy polecam?

Jeśli lubicie emocjonujące treści - jak najbardziej. Teraz jest dobry czas na trudne lektury, lepiej się wczuwa w historie pod kocem i z kotem na kolanach niż na plaży albo jak mózg się roztapia i poza plażą.
Zresztą! Nawet zwyczajnie ciepłą wiosną - nie widzę czytania o cudzych cierpieniach,
kiedy wokół wszystko właśnie radośnie się rozwija i nastraja optymistycznie.
Mnie tam otoczenie rusza, ot co.


CZAS CZYTANIA: 7 godzin,
MOJA OCENA: 7,2/ 10.

Poruszenie tabu to najmocniejsza strona tej książki - i oczywiście najważniejsza.
Niestety, mimo roli jaką pełni, nie mogę jej oceniać tak jak wielowątkowych, fikcyjnych, wciągających powieści.

niedziela, 21 października 2018

Równia pochyła... "Koniec warty".

Pewnie nie zdążę na 17, ale próbuję.

Coś słabo mi ostatnio idzie pisanie; nie mam nic przygotowanego na zapas, nie chce mi się w ogóle siadać przed kompem.
No, w każdym razie od czasu Kinga przeczytałam już kolejną książkę, tak że trzeba się spiąć.



TYTUŁ: Koniec warty,
AUTOR: Stephen King,
WYDAWNICTWO: Albatros,
STRONY: 480,
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami,
FORMAT: 14 x 20,5 cm,
GATUNEK: Powieść detektywistyczna,
CENA: 28,88 zł.


Znowu nie ciągnęło mnie do niej szczególnie - nie lubię fantastyki, to dla mnie takie pierdolety...
No i tytuł sugeruje, że Hodges (Det. Em.) wypisze się z tego świata.


Druk.

Nie ma o czym gadać - jest ok. Za to jest o czym gadać w kwestii błędów Autora. Czytałam ten fragment z 5 razy, ale niestety - jedna z bohaterek najpierw trzyma się za postrzeloną lewą pierś, a 28 akapitów dalej boli ją prawa (bądź odwrotnie ;)). Nie znalazłam na tego byka żadnego wytłumaczenia.
Poza tym wracamy tu znów do korespondencji i tym podobnych różnych sposobów edycji tekstu. Git.



Język.

Nie mam nic nowego do dodania - cykl się zamyka, wracamy do znanych bohaterów a więc i do stylów z pierwszej części.
Szacuneczek za - w mojej ocenie - utrzymanie spójności charakterów bohaterów.


Treść.

Po raz kolejny mimo sceptycznego podejścia powieść wciągnęła mnie od pierwszego zdania.
Bohaterowie są już naznaczeni upływającym czasem (fizycznie i psychicznie); bardzo podoba mi się ten kunszt pisarski.
Fajnie mi się czytało te sklejające się z sobą elementy układanki - niektóre niekoniecznie z tej części!
Tym niemniej trochę już jestem zmęczona cyklem. Nie wiem, czy się przez to doszukuję obniżenia poziomu, czy gdyby to była pojedyncza książka też dostrzegłabym tam kilka sztampowych elementów.
W każdym razie akcja się toczy, nudy nie ma a i elementy paranormalne, których się obawiałam są dla mnie znośne, wplecione bardzo subtelnie i poukrywane w zakamarkach ludzkiego umysłu.
Naprawdę fascynujący pomysł.


Podsumowując, całą trylogię oceniam jako bardzo fajną, ale Mercedesa za przezajebistego.
Nadal podtrzymuję, że do niego wrócę, czy do reszty - buk raczy wiedzieć.
Dwa ostatnie tytuły uważam za bardzo podobne poziomem.


CZAS CZYTANIA: 7 godzin (godziny chyba bardziej miarodajne),
MOJA OCENA: 8,60/ 10. Błąd u Kinga? A fe. Nie przejdzie bez echa.

PS: Nie myliłam się, Detektyw się wymiksowuje z imprezy na tym świecie.