niedziela, 28 października 2018

Czekaj... CO?! ... "Mama kazała mi chorować".

Ten tytuł przewinął mi się gdzieś w internetach jako "szokujący" czy tam "ciężka lektura".
Takie opinie tylko mnie zachęcają; wydaje mi się, że nie jestem przesadnie wrażliwa
czy łatwo obrzydzająca się.
Toteż zastanawiałam się, czy zaufać internautom - ale "los" wybrał za mnie i wpadła
mi w ręce gdzieś na wyprzedaży.

TYTUŁ: Mama kazała mi chorować,
AUTOR: Julie Gregory,
WYDAWNICTWO: Amber,
STRONY: 296,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 13 x 20,5 cm,
GATUNEK: Literatura faktu,
CENA: 19,99 zł.


Okładka okrutna. W sensie, że niepokojąca - niewyraźne zdjęcie niemrawego dziecka
już kojarzy się z czymś... nieprzyjaznym.

Opis z tyłu nie zrobił na mnie wrażenia; jakoś to do mnie nie docierało.
Tak samo jak i te wstawki o bestsellerze, co do których moje zdanie jest
póki co takie samo.


W ogóle do tematu opisu jeszcze wrócę, ale później.


Druk.

Czytało się fajnie, choć jak dla mnie mógłby być ściślejszy. I blady jakiś taki... Jak to biedne dziecko na okładce :x
Za to bezbłędny.
Papier dosyć matowy - choć dobry do czytania, to te białe i lśniące robią na mnie wrażenie surowca, na który nie pożałowano środków.


Język.

No, ciekawy.
Ta książka jest autobiografią, więc nie ma tu miejsca na zabiegi upiększające. Są bluzgi
i wyzwiska oraz normalne, codzienne słownictwo i konstrukcja zdań. Proste, ale nie prostackie.


Bohaterowie.

Pula jest dosyć ograniczona ;)
Ostatecznie chodzi tu głównie o naszą Autorkę.

Autorka: poznajemy ją jako kilkuletnie dziecko, razem z nią dorastamy. Zagubiona, wymęczona, przez długi czas nieświadoma horroru, jaki ją otacza i przenika. Jak to dzieciak, potrzebuje miłości i akceptacji i bardzo stara się na to... zasłużyć.

Matka: Kobieta absolutnie popierdolona, która niszczy życie ludzi wokół. Konfabulantka
i aktorka za trzy grosze - robienie scen i popisówek akurat znam z autopsji nawet
i niezmiennie napełniają mnie obrzydzeniem. Obiektywnie patrząc też jest ofiarą - niestety zbyt głupią, by to zrozumieć.

Ojciec: Fagas bez jaj, który dał się wciągnąć w całą tę karuzelę. Nie wierzę, że można tak żyć (wegetować)! Bo to, że istnieją charaktery wybitnie łatwo i niezauważalnie podporządkowujące sobie innych (matka) nie jest dla mnie tajemnicą. Postać bierna
i odpychająca jak i cała reszta otaczających Julie osób.

Bohaterowie dalszoplanowi: Grupa ludzi, którym wydaje się, że wszystkie rozumy zjedli,
w rzeczywistości głupi, ślepi i głusi. Z jednym wyjątkiem. Wypisz, wymaluj obraz społeczeństwa. Nie tylko amerykańskiego.


Treść.

No kurwa szokłę.
Czytając, naprawdę często odwracałam wzrok z obrzydzenia lub żeby przełknąć wzbierającą gorycz i uspokoić napierającą agresję.
Nie lubię dzieci, ale zdaję sobie sprawę że wymagają naszej opieki i szacunku, że są istotami, które się na ten świat nie prosiły! Nie mogę pojąć, jak można tak krzywdzić bezbronnego człowieczka, co się kurwa przepala we łbie, że się daje dzieciakowi łebki zapałek do ssania jako łakocie!
Niby jestem odporna, ale naprawdę poruszyła mnie ta książka.

Trochę się podśmiechuję, że Autorka po tych przeżyciach OCZYWIŚCIE została specjalistką w sprawie choroby, która na niej się odbiła ale fakt faktem uważam, że w przypadku przemocy czy zaburzeń psychicznych tylko osoba, która doświadczyła tego bezpośrednio (w najbliższej rodzinie to też dla mnie "bezpośrednio") może w pełni zrozumieć istotę rzeczy.

„Ta książka jest z jednej strony pełna bólu, z drugiej zaś nadziei i radości życia poprzez ukazanie możliwości wyrwania się z kręgu przemocy i powrotu do zdrowia”.
dr n. med. Joanna Cielecka-Kuszyk, prezes Fundacji Mederi – Pomóżmy Dzieciom


Darujcie, ale nie widzę tu radości ani tym bardziej nadziei. Moim zdaniem Autorka
się wygrzebała, bo co innego miała zrobić? Jak dla mnie walka o siebie była jedynym wyjściem.
Już nie wspomnę o ponurym zakończeniu...


W treści znajdują się też przykładowe karty pacjenta Autorki oraz zdjęcia - tak co by sobie czytelnik mógł sam porównać treść z obrazem.


Czy polecam?

Jeśli lubicie emocjonujące treści - jak najbardziej. Teraz jest dobry czas na trudne lektury, lepiej się wczuwa w historie pod kocem i z kotem na kolanach niż na plaży albo jak mózg się roztapia i poza plażą.
Zresztą! Nawet zwyczajnie ciepłą wiosną - nie widzę czytania o cudzych cierpieniach,
kiedy wokół wszystko właśnie radośnie się rozwija i nastraja optymistycznie.
Mnie tam otoczenie rusza, ot co.


CZAS CZYTANIA: 7 godzin,
MOJA OCENA: 7,2/ 10.

Poruszenie tabu to najmocniejsza strona tej książki - i oczywiście najważniejsza.
Niestety, mimo roli jaką pełni, nie mogę jej oceniać tak jak wielowątkowych, fikcyjnych, wciągających powieści.

niedziela, 21 października 2018

Równia pochyła... "Koniec warty".

Pewnie nie zdążę na 17, ale próbuję.

Coś słabo mi ostatnio idzie pisanie; nie mam nic przygotowanego na zapas, nie chce mi się w ogóle siadać przed kompem.
No, w każdym razie od czasu Kinga przeczytałam już kolejną książkę, tak że trzeba się spiąć.



TYTUŁ: Koniec warty,
AUTOR: Stephen King,
WYDAWNICTWO: Albatros,
STRONY: 480,
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami,
FORMAT: 14 x 20,5 cm,
GATUNEK: Powieść detektywistyczna,
CENA: 28,88 zł.


Znowu nie ciągnęło mnie do niej szczególnie - nie lubię fantastyki, to dla mnie takie pierdolety...
No i tytuł sugeruje, że Hodges (Det. Em.) wypisze się z tego świata.


Druk.

Nie ma o czym gadać - jest ok. Za to jest o czym gadać w kwestii błędów Autora. Czytałam ten fragment z 5 razy, ale niestety - jedna z bohaterek najpierw trzyma się za postrzeloną lewą pierś, a 28 akapitów dalej boli ją prawa (bądź odwrotnie ;)). Nie znalazłam na tego byka żadnego wytłumaczenia.
Poza tym wracamy tu znów do korespondencji i tym podobnych różnych sposobów edycji tekstu. Git.



Język.

Nie mam nic nowego do dodania - cykl się zamyka, wracamy do znanych bohaterów a więc i do stylów z pierwszej części.
Szacuneczek za - w mojej ocenie - utrzymanie spójności charakterów bohaterów.


Treść.

Po raz kolejny mimo sceptycznego podejścia powieść wciągnęła mnie od pierwszego zdania.
Bohaterowie są już naznaczeni upływającym czasem (fizycznie i psychicznie); bardzo podoba mi się ten kunszt pisarski.
Fajnie mi się czytało te sklejające się z sobą elementy układanki - niektóre niekoniecznie z tej części!
Tym niemniej trochę już jestem zmęczona cyklem. Nie wiem, czy się przez to doszukuję obniżenia poziomu, czy gdyby to była pojedyncza książka też dostrzegłabym tam kilka sztampowych elementów.
W każdym razie akcja się toczy, nudy nie ma a i elementy paranormalne, których się obawiałam są dla mnie znośne, wplecione bardzo subtelnie i poukrywane w zakamarkach ludzkiego umysłu.
Naprawdę fascynujący pomysł.


Podsumowując, całą trylogię oceniam jako bardzo fajną, ale Mercedesa za przezajebistego.
Nadal podtrzymuję, że do niego wrócę, czy do reszty - buk raczy wiedzieć.
Dwa ostatnie tytuły uważam za bardzo podobne poziomem.


CZAS CZYTANIA: 7 godzin (godziny chyba bardziej miarodajne),
MOJA OCENA: 8,60/ 10. Błąd u Kinga? A fe. Nie przejdzie bez echa.

PS: Nie myliłam się, Detektyw się wymiksowuje z imprezy na tym świecie.

niedziela, 7 października 2018

Te podłe, wredne pchlarze.

Chciałam kontynuować blog jak zwykle, ale pewne zdarzenie podsunęło mi pomysł
na trochę inną notkę.

Nie każdy Czytelnik ma mojego fejsa to i nie każdy wie -  w sobotę 29 września 2018 roku zaginęła Robinsona - tak, TA Robinsona, od której się nazwałam i która była moją ulubienicą. We wtorek, 2 października 2018, dowiedzieliśmy się, że nie żyje.
Zginęła uderzona przez samochód niedługo po tym, jak wypuściłam ją w tamtą sobotę.

Zostaliśmy ze Srajtusiem i Misią.

Srajtuś jak to Srajtuś, zdystansowany do całego świata, nie wiem nawet czy zauważył jej brak.

Misia również zachowywała się jak zwykle co mnie dziwiło - kiedy w Polsce Robinsony
za długo nie było w domu, była niespokojna i jej nawoływała.
To bardzo prokoci kot (😉), już w ogłoszeniu fundacyjnym stało wyraźnie, że musi iść do domu z innymi futrami bo w domu tymczasowym świetnie się z nimi dogaduje i jest lubiana.

Zgodnie z moim zamysłem dziewczynki trzymały się razem - choć to właśnie ze strony Misi wypływało niepomiernie więcej czułości.
Razem spały,
razem biegały,
Misia robiła Robince pielęgnację,
Robinka nawet czasem ją odwzajemniała (nie była wylewna)!


Kiedy buraska przchodziła do domu, Misia radośnie wybiegała jej na spotkanie gruchając
i rozdając baranki. Zresztą, próbowała tulić się nawet do Srajtusia, na którego chęci zabaw zawsze ze strachem uciekała.

I nie byłoby tego postu gdyby coś się nie wydarzyło.

Oglądałam filmiki z Robinsoną, chciałam zobaczyć co oprócz wspomnień mi po niej pozostało - i zepsułam Misię.
...
Siedziała mi na kolanach, kiedy usłyszała to nagranie:


Wystrzeliła do drzwi tarasowych wyglądać za nią jak zawsze i od tamtej pory...


Tak wyglądają jej noce i poranki.

Nasza teoria jest taka, że widziała śmierć Robinka bądź wyczuła jej zmieniony zgonem zapach więc wiedziała przed nami co się stało. A ja "seansem" namieszałam w jej kocim łebku, który przyjął, że to jednak się nie wydarzyło...
Teraz zastanawiam się czy mam możliwość to naprawić.

I to właśnie chciałam Wam pokazać.
Przykład, jak nieczułe, obojętne i interesowne są koty.

Miłej niedzielki.

niedziela, 30 września 2018

CD trylogii - "Znalezione nie kradzione".

Znajomi byli w Polsce, nie mogłam przepuścić takiej okazji!
Sprzeniewierzam się więc niniejszym mojej metodzie ("czytamy partiami, które kupowaliśmy") i dokańczam serię; przecież jakbym czekała aż skończę wszystko po drodze to bym mogła przypadkiem fabułę "Pana Mercedesa" zapomnieć :p

... a doczytałabym pewnie już na święta (mam jeszcze ze 40 książek w kolejce) :D
Może i by to nie było głupie, mogłabym znowu rzucić się w wir zakupów.


TYTUŁ: Znalezione nie kradzione,
AUTOR: Stephen King,
WYDAWNICTWO: Albatros,
STRONY: 544,
OPRAWA: Miękka ze skrzydełkami,
FORMAT: 14,5 x 21 cm,
GATUNEK: Powieść detektywistyczna,
CENA: 35,62 zł.

Tytuł pasuje mi do Autora - moim pierwszym skojarzeniem było jedno z dziecięcych powiedzonek a skoro pierwsza część zdecydowanie dziecięca nie jest, byłam tym bardziej ciekawa, co znajdę tu.

No i wreszcie mam pełnowymiarową książkę!

Tak sobie myślę, że Mercedes w takim formacie by trochę cienko przy siostrach wyglądał, toć 500 stron to to miało w wydaniu kieszonkowym! Fajnie, więcej akcji :)


Zanim zaczęłam czytać oczywiście przepatrzyłam okładki ze wszech stron - opis z tyłu... jakoś mnie zniechęcił. Tak samo jak fragment na skrzydełku. Nowi bohaterowie? 
Jakoś tak mi szkoda było mimo, że wiem że toć Det. Em. i przyjaciele zostają ci sami
No, a przynajmniej część ekipy. Przeczytałam ten fragmencik i nie miałam pojęcia 
co do czego przykleić, niemiłe uczucie.


... które oczywiście okazało się moją nie pierwszą i zapewne nie ostatnią 
nadinterpretacją w życiu.


Druk.

Nie ma o czym pisać - perfekcyjny. Oczywiście mógłby być ciaśniejszy, ale takich dużych liter szybko uciekają strony ;) Raz myślałam, że wyłapałam literówkę ale dupa, 
to mnie się przywidziało.



Papier bardzo ładny. Gładki, bielutki, dostatecznie i nieprzesadnie gruby.


Język.

W tej części już mamy mniej urozmaiceń typu listy i SMSy, do których można by użyć innej czcionki - co oczywiście nie oznacza, że jest miałko! Nie chcę się powtarzać - zostańmy
po prostu przy "wysokim poziomie".


Treść.

Czyli to, na co czekałam i czego się obawiałam.

Zacznijmy od tego, że nie wiem, jak Autor to robi, ale czytanie tej książki (znowu!) oddziałuje na ośrodek przyjemności w moim mózgu od pierwszego zdania.
Niektórym ten przysłowiowy "banan na twarzy" pojawia się po forsownym treningu,
po przejażdżce jakimś fajnym autem, po zakupach - ja dokładnie tak samo mam
z tą prozą.

Fabuła fantastycznie nawiązuje do poprzedniej części - idą sobie ramię w ramię, przeplatając się ze sobą. Nowi bohaterowie są wykreowani tak, że osobiście od razu
to "kupuję" -  realistycznie i zarazem inaczej od tych, których pamiętam ze stron innych powieści Kinga. "Starzy znajomi" pozostają takimi, jakimi ich polubiliśmy (bądź nie).

Jedyne, co mi trochę burzy ten obraz, to Pete - mam wrażenie, że jego osobowość kapkę mało odstaje od Narratora - podobny osąd zdarzeń, podobne spostrzeżenia.

Przez pierwszych 120 stron mam wrażenie, że mało się dzieje, spokojna taka ta książka. Oczywiście nie nudziło mnie czytanie, ale zdziwić - zdziwiło. Po tym kamieniu milowym wątki zaczynają już tylko przyspieszać - czytałam na dwa razy, ten drugi zaczynałam od 288 strony i chciałam jeszcze gdzieś zrobić postój żeby nie siedzieć długo w noc ale się
nie dało. W każdym rozdziale dzieje się tyle, że NIE MOŻNA tego odłożyć
i beztrosko iść spać!
Łapałam się na tym, że skakałam wzrokiem parę linijek dalej albo wręcz na następną stronę aby tylko zerknąć w poszukiwaniu wskazówki, co się wydarzy ;)

Chociaż nie jest to już to zachłyśnięcie co przy Panu Mercedesie, nadal oceniam ten tytuł bardzo wysoko.

Szczególne miejsce w moim sercu zajmują nawiązania do kolejnej części (za którą się zaraz zabiorę)  - sięgające chyba już połowy obecnej! Uważam to za nietypowy zabieg;
a że teraz na wolnym mam dużo czasu na hurtowe wręcz czytanie, tym bardziej urzekają mnie nietypowości.


CZAS CZYTANIA: 6 godzin.
MOJA OCENA: 9/ 10.

niedziela, 23 września 2018

Ot, zagwozdka. "Dziewczyna z pociągu".

Jak w którymś z poprzednich postów rzuciłam - czekałam na kolej tej książki
i porwałam ją z półki ochoczo.
... A potem równie ochoczo ją odkładałam.



TYTUŁ: Dziewczyna z pociągu,
AUTOR: Paula Hawkins,
WYDAWNICTWO: Świat Książki,
STRONY: 328,
OPRAWA: Miękka,
FORMAT: 13,5 X 21,5 cm,
GATUNEK: Thriller psychologiczny,
CENA: Wygląda na to, że 26,90 zł.

Jako, że zaraz po lekturze wymogłam i seans ekranizacji wydaje mi się, że na okładce widnieje Pani Emily Blunt - odtwórczyni głównej roli.
Niemniej podczas zakupów tej wiedzy nie miałam, co nie przeszkodziło mi zainteresować się jej wyglądem - wydaje mi się, że znakomicie pasuje i do tytułu, i do polecenia przez Pana Kinga.


Z tyłu w 1/3 jaranie się sprzedawalnością... 
Nie wiem, czy to jest jakiś wykładnik - sądząc po sukcesie wszystkich obliczy Greja.

Ale muszę przyznać, że widząc ją na półce w sklepie już wiedziałam, że odbiła się szerokim echem. Pewnie dlatego wydałam na to tyle hajsu ;) Gratki dla Autorki.


Druk.

Ogólnie by mi podpasował, ale do tej treści za ścisły :p
Wolałabym, żeby strony szybciej leciały.
Ładny, bezbłędny.
Szkoda, że nie mogę tego samego powiedzieć o treści, ale o tym zaraz.


Strony grube i mięsiste, kiedy zostało mi do końca z pięć dyszek myślałam, 
że jeszcze dwa razy tyle.



Język.

Czytając, pomyślałam sobie że Autorka ma niesamowitą zdolność do zawierania maksimum treści w minimum znaków. Pierwszy raz się z czymś takim spotykam,
i to jeszcze u baby! ;)

Jako, że bohaterowie nie są żadną elytą elyt a treść muska tematy kontrowersyjne
i zachodzi na śliski grunt, nie znajdziemy tu grafomańskich elaboratów. Treść jest treściwa.
(A masło maślane)
Fajne, dobrze się to czyta.
To jeden z czynników tworzących klimat historii.


Treść.

Przykro mi tylko, że treść jest niedopracowana.
Czytałam debiut za debiutem i nie ma porównania - na niekorzyść obecnej pozycji.
Choć takie głupie wpadki można policzyć na palcach jednej ręki, to jednak czytanie "skończyło padać" a zaraz "wyszła na deszcz" może trochę wkurwić.
Pierwszą wychwyconą tego typu pomyłkę chciałam zaznaczyć zakładką ale mówię okej, zdarza się! W tej książce naprawdę mnóstwo się dzieje, bywa.
Niestety za którymś razem naprawdę się poirytowałam.
Tego typu akcje naliczyłam 3 lub cztery.

Poza tym tak sobie myślę, że nie dziwię się że Pan King polecił - ta książka zdobyła taki rozgłos, że być może nie chciał podcinać skrzydeł debiutantce niczym Mickiewicz Słowackiemu (na pewno o tym przykładzie myślał :D)?
Darujcie, ale patrząc po tym co sam pisze nie wierzę, żeby to go wciągnęło.

I tu dochodzimy do sedna.

Nie mogę powiedzieć, że książka mi się nie podobała, bo fabuła była ciekawa, zgrabna, choć zakręcona (częste przeskoki między bohaterami i czasem akcji,
nie mam głowy do śledzenia historii w ten sposób).
Jednak pozytywne opinie tak mnie skonsternowały, że musiałam sprawdzić, czy może
ja wymagam niemożliwego:


No nie.
Z założenia miało wywoływać dreszcz emocji.
A mam wrażenie, że tu 3/4 akcji kręci się wokół czarnej dziury w pamięci głównej bohaterki.
Ok, wiem, że to ważne, że ta plama jest NAJWAŻNIEJSZA, ale czytając prychałam gniewnie na uczynienie urwanego filmu alkoholiczki jednym z głównych motywów.
A bo to pierwszy raz?
Dobrze, że do tego w drugiej połowie dochodzą inne motywy i koniec końców uważam,
że Pani Paula wybrnęła ;)

I wiecie co, może ja jestem już na wskroś przesiąknięta tymi kryminałami?
Bo czytałam bez większych emocji, choć nieprzerwanie.
Po lekturze jestem zawiedziona.

Muszę dodać, że tutaj forma jest dokładnie taka sama jak w "Służącej"!
Czyli poznajemy przeszłość na przemian z teraźniejszością i stopniowo zbliżamy
się do kulminacji, tj. połączenia dwóch wątków.
Podobało mi się tam, podoba mi się i tu.


Zabierałam się do pisania tego dobrych kilka dni, naprawdę trudno mi było wycisnąć
z siebie te słowa - co pewnie będzie widać. Książka wywołała we mnie tak sprzeczne emocje że to uczucie już chyba nie zniknie.

Za to nie mam tego problemu z oceną filmu - znając treść książki? Szmira.
Uważam, że próby upchania tylu znaczących wydarzeń w tak krótkim czasie spaliły
na panewce i koniec końców mamy tylko echo akcji - prowadzone po łebkach oraz niemrawych, niedokreowanych bohaterów.
Choć chłopaka, który nie czytał, zainteresował.

Specyfika subiektywnych opinii.

CZAS CZYTANIA: 2 popołudnia,
MOJA OCENA: 7,5. Przepraszam, nie podaruję tych nieścisłości.



niedziela, 16 września 2018

"Ali Deals" - akcesoria rowerowe.

Miałam tu wstawić swoje dwie torebki i jakąś inną pierdutkę kiedy nagle okazało się,
że i do roweru parę rzeczy zamówilim ;)

Zacznę od swoich wyborów.


1. Wodoodporna torebuszka rogoramowa:


Na każdej aukcji są wymiary, ale mimo obcowania jakiś czas z liniałami i projektami zawsze jestem zaskoczona, że przychodzi mi wszystko takie malutkie ;)

Tak jak się spodziewałam, sakiewka jest przyczepiana do ramy na trzy rzepy, z czego górne nie są na jej końcach - zapomka o otwieraniu tego jedną ręką. 
Oraz składa się aż z jednej przegródki.
Chociaż fakt faktem, wobec grubości ramy nie ma czym szaleć.

Materiał faktycznie jest wodoodporny.
Wchodzi do niej na luzie telefon 5,2 cala w etui oraz duża paczka fajek i zapalara.

CENA: 2,01 €.


2. Wodoodporna, dwudzielna torebuszka naramowa:


Mam dwie duże, praktyczne sakwy na bagażniku i pomyślałam, że byłabym ładowniejsza 
z czymś podobnym z przodu - oczywiście nie przyłożyłam się do wymiarów :D

Na zdjęciu telefon 4,7 cala, który ledwo, na wcisk, wchodzi w miejsce między torbami przeznaczone na telefon. Widocznie malutcy Chińczycy mają malutkie telefony i tak też projektują osprzęt ;)

Padłam jak to zobaczyłam, w środku kieszenie tworzy zszyta cieniuchna siatka; wygląda 
to żałośnie ale domyślam się, że prędzej puści szew niż to plastikowe włókno. 
OCZYWIŚCIE i tak posadziłam to na ramę (jeszcze na odwrót...) i z tym jeżdżę, wożę tam pomadkę do ust albo serki wiejskie, po jednym z każdej strony - na styk.

Teraz mój pojazd prezentuje się następująco:


PS: Siodełko też kupowałam po taniości, choć w stacjonarnym, tutejszym sklepie. 
Jakiś czas temu dojebałam tylne sakwy mlekiem i żwirkiem dla kota tak, 
że zostało mi w dłoni kiedy uniosłam rower żeby go przestawić ;)
(Chłopak mi naprawił, jeździ dalej.) 

CENA: 2,20 €.

Beznadziejnie wydane pieniądze ale w sumie mnie uśmiechły, więc nie żałuję ;)


3. Naramowy fchujpakowny transporterek na fajury.


A tu już zakup chłopaka. Być może zauważycie na lewym zdjęciu, że już przy odrobinie światła odblask spełnia swoją funkcję.
Wozi tam zapięcie do roweru ALBO papierosy, portfel i telefon. Pasuje tak akurat.

Jakość wykonania o niebo lepsza od tych moich, ale też i on więcej zapłacił.


W przezroczystej, wodoodpornej kieszonce na telefon sprzęt 5,2 cala w etui pasuje idealnie. Niby jest dotykowa ta folia - faktycznie, można coś przez nią poklikać ale nie przylega dokładnie do telefonu albo ja mam jakieś ruskie palce i dlatego uważam 
ją finalnie za niedziałającą.
Ale chłopak nie narzeka.

CENA: 4,60 + 1,55 wysyłka = 6,15 €.


4. Profeszynal i komfortabyl pedały bajsyklowe.

Chłopak rower se kupił fajny. I fabryka podobno tak zadbała o stabilność stopy cyklisty, że aż buty dziurawiło; tzn. 80% szerokości buta, bo dalej pedały nie sięgały ;)

Przyleciały więc zamienniki, metalowe, mniej kłujące i szersze. Moim zdaniem prezentują się jakby stąd były!


A i wykonanie solidne.
Użytkownik już nie narzeka, więc chyba udane. No ale cena też udana 
(tak, chciałabym wszystko zajebiste i za dwa euro).

CENA: 8,34 + 0,01 wysyłka = 8,35 €.